Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Wiek to tylko liczba!

13.10.2020
Autor: Angela Greniuk, fot. archiwum Kabaretu Szczęśliwa „60”
Źródło: Integracja 4/2020
uczestnicy kabaretu na scenie

Aktywni i energiczni. Odkrywają nowe hobby i podejmują wyzwania. Ciągle coś robią, mniej chętnie odpoczywają. Często żartują i śmieją się. Oto przedstawiciele warszawskiego kabaretu Szczęśliwa „60”!

Wyjątkowy Kabaret Szczęśliwa „60” tworzy 16-osobowa grupa przyjaciół w wieku 65+, którzy znają się z czasów studenckich. Jest wyjątkowy, bo programy artystyczne zespołu łączą grę na instrumentach, śpiew, tańce i kabaret. 

- Cztery w jednym, co jest rzadkością – podsumował jeden z reprezentantów grupy, Janusz Krasucki.

Należy do tego dodać najważniejszy element, bez którego nie byłoby ani występów, ani kabaretu, czyli chęć przeżycia na scenie dobrej zabawy, którą można się dzielić z publicznością w każdym wieku.

Prawie wszyscy twórcy Kabaretu Szczęśliwa „60” poznali się w Zespole Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej na początku lat 70., gdzie prezentowali polski folklor.

- W przeważającej większości, bo 14 osób, jesteśmy inżynierami i magistrami po Politechnice Warszawskiej – mówi kierownik artystyczny kabaretu Andrzej Chłanda, wskazując na swoich kabaretowych kompanów: Henryka Popławskiego i Janusza Krasuckiego. – Dwie osoby skończyły inne kierunki, jest wśród nas też laborantka medyczna, Izabella Popławska.

Niespodzianka dla jubilata

W 2011 r. jeden z kolegów z zespołu organizował imprezę z okazji 60. urodzin. Kilka osób postanowiło zaangażować się w prezent–niespodziankę, którym miał być wesoły 20-minutowy występ. Jako że grupa wywodzi się z zespołu folklorystycznego, każdy z nich potrafi tańczyć i śpiewać, a część osób gra również na instrumentach. Są całkowicie samowystarczalni. Scenariusz powstał więc szybko. Do hitów z elementami warszawskiego folkloru z repertuaru „Kapeli z Polnej”, w której grali i śpiewali Izabella i Henryk Popławscy, dodano elementy artystyczne oraz... coś nowego – zabawne, kabaretowe teksty.

- Tak się to spodobało i znajomym, i nam, że postanowiliśmy kontynuować – wspomina Andrzej Chłanda.


Program „U Grubego Joska”, pierwsza po prawej – Izabella Popławska

Tak narodził się pomysł na stworzenie grupy i powrót na scenę, za którą – jak się okazało – tęskniło wielu.

- Poszliśmy w kabaret, dobrze się w tym odnajdujemy, wszyscy mamy poczucie humoru – dodaje Andrzej. – 20-minutowy program był za krótki, by gdzieś występować, więc trzeba go było rozbudować. I tak powstał pierwszy program „U Grubego Joska – czyli Bal na Gnojnej” w wersji na 30 minut i na jedną godzinę.

Akcja przenosi widza w czasy przedwojenne do knajpy tytułowego Grubego Joska, która istniała w tamtym czasie w stolicy. Spotykali się tam różni klienci – od typów spod ciemnej gwiazdy i cwaniaków, przez przekupki czy panie lekkich obyczajów, do przedstawicieli wyższych sfer. Publiczność może poznawać szlagiery i folklor ówczesnej Warszawy.

- Piękne są też piosenki powojenne, stąd wymyśliliśmy, że zrobimy dalszy ciąg – wspomina Andrzej. – Po wojnie był komunizm, dlatego drugi program to „Warszawski Dzień – czyli socreal na wesoło”, nawiązuje do lat 50. i odbudowy Warszawy.

Trzeci i ostatni program, „U Rodziny”, rozpoczyna się podczas przyjęcia urodzinowego seniora rodu, zabawnego i wzruszającego spotkania. Utwory zostały zapożyczone z Kabaretu Starszych Panów.

Przez dziewięć lat zespół występował w wielu miejscach Polski: w domach kultury, amfiteatrach, na festiwalach, w warszawskim Teatrze Kamienica i w trakcie wielu wydarzeń dla seniorów. Brał też udział w pokazach i przeglądach artystycznych i kabaretowych i z wielu imprez przywiózł nagrody, m.in. trzy statuetki Grand Prix.

- Niektórym wydawało się, że na scenę wyjdą staruszkowie, a tu jednak nie. Na ogólnopolskim przeglądzie amatorskich zespołów artystycznych, gdzie było ok. 1200 wykonawców, a my zdobyliśmy Grand Prix, uczestnicy mieli podejrzenie i pretensje, że jesteśmy zawodowcami, bo to, co pokazaliśmy, nie było amatorskie – mówi Henryk Popławski. 

- Jesteśmy w przeważającej większości amatorami, ale pod względem obycia na scenie - zawodowcami. Przeżyliśmy na niej około 50 lat – dodaje Andrzej.

Na pierwszym planie od lewej Henryk Popławski, po prawej Janusz Krasucki
Na pierwszym planie od lewej Henryk Popławski, po prawej Janusz Krasucki

„Nasze marzenie to umrzeć na scenie”

Doświadczenie sceniczne twórcy Kabaretu Szczęśliwej „60” zdobywali podczas studiów i we wspomnianym zespole Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej. Część zaangażowała się z powodu fajnego towarzystwa, możliwości pożytecznego i przyjemnego spędzenia czasu, występów, kilka osób dobrało się w pary, tak jak Izabella i Henryk Popławscy. 

- Ja dołączyłem z tego powodu, że to była jedyna możliwość wyjazdów zagranicznych. Już rok po moim przyjściu wyjechaliśmy z zespołem w trasę Francja–Niemcy–Hiszpania – przyznaje Andrzej.

W 1976 r. Stołeczna Estrada, która organizowała koncerty w kraju i za granicą, zgłosiła zespołowi z Politechniki, że jest zapotrzebowanie na wieczory z polskim folklorem dla gości przyjeżdżających z zagranicy. Wówczas z tej grupy wyodrębnił się zespół „Bartek” i jego członkowie zaczęli zarabiać pieniądze.

Zaczęły się podróże po Europie, wielokrotne do Japonii, gdzie m.in. Andrzej Chłanda, Izabella i Henryk Popławscy uczyli polskich tańców ludowych.

Z czasem „Bartek” przekształcił się w „Gaik” i te same osoby występowały m.in. w całej Europie, USA, Kanadzie, na Tajwanie, w Jordanii i Libii. Członkowie obecnego Kabaretu Szczęśliwa „60” nie zawsze występowali w stałym składzie, jednak mają mnóstwo wspólnych wspomnień.

fragment plakatu zespołu Gaik w języku japońskim
Fragment plakatu w jęz. japońskim zespołu „Gaik” z lat 70-tych. Na górze, pierwszy po prawej to Andrzej Chłanda, tuż obok - pierwsza po prawej Izabella Popławska

- W Japonii przeżyliśmy trzęsienie ziemi. A na występie w Tokio była rodzina cesarska, którą mieliśmy poznać, więc uczono nas, jak należy się zachowywać. W Japonii mieliśmy też dwugodzinne koncerty, kilka - jeden za drugim. To było wyczerpujące. Wtedy wymyśliliśmy hasło, którego używamy do dziś: „Nasze marzenie to umrzeć na scenie” – mówi Izabella Popławska.

- Jako „Gaik” objechaliśmy cały Tajwan, co było wówczas zabronione, bo Polska nie uznawała Tajwanu jako państwa. Mieliśmy mały problem z wizami, ale dostaliśmy je z ambasady w Amsterdamie – wspomina Andrzej. 

- Z każdego wyjazdu zostawała nam jakaś piosenka. Na Sycylii nauczyliśmy się Ciuri, Ciuri, znanej m.in. z filmu Ojciec chrzestny. Andrzej na każdej imprezie musi ją zaśpiewać. Musieliśmy się też nauczyć Marsylianki i choć jej nie rozumiemy, to umiemy! – chwali się Henryk Popławski.

Wyjazdy zagraniczne zdarzały się cztery-pięć razy w roku i trwały kilka-kilkanaście tygodni. Było to hobby, ale traktowane jako druga praca. Artyści mieli stałe zatrudnienie i rodziny. Na wyjazdy brali bezpłatne urlopy. Niektórzy jednak zwalniali się, bo dostawali ultimatum: albo praca, albo sztuka. Ale, jak mówi Andrzej, bycie artystą opłacało się.

- Graliśmy z „Gaikiem” prawie miesiąc na trasie statku Helsinki-Sztokholm. Przywiozłem z tego prawie 2 tys. dolarów, kiedy przeciętna pensja w Polsce wynosiła ok. 40–50 dolarów. Po tym okresie niektórzy się zestarzeli i odeszli z grupy, ale „Gaik” trwa z młodszym pokoleniem – podkreśla Andrzej.

Przyjaźń na całe życie

Według badania The Harvard Study of Adult Development, które trwało 75 lat, naukowcy starali się znaleźć odpowiedź na pytanie: „Co sprawia, że ludzie czują się szczęśliwi?”. Wyniki ogłosił podczas wystąpienia TED czwarty kierownik projektu, dr Robert Waldinger. W skrócie brzmią: „Dobre relacje z innymi ludźmi sprawiają, że jesteśmy zdrowi i szczęśliwi”. Często zdarza się, że im człowiek jest starszy, tym trudniej mieć garstkę przyjaciół, nie mówiąc o całej grupie, która współdzieli i taką samą pasję, i umiejętności, i humor. Można powiedzieć, że członkowie Kabaretu Szczęśliwa „60” są szczęściarzami, znają się ok. 45–50 lat.

-  Prawda jest taka, że na studiach albo w szkole średniej nawiązuje się kontakty, które trwają przez całe życie. Ja nie mam już znajomych z tych miejsc, utrzymuję kontakt tylko z osobami z zespołu tego i wcześniejszego – stwierdza Janusz Krasucki, mówiąc i o kabarecie, i o Zespole Pieśni i Tańca Politechniki Warszawskiej. 

- Całe nasze życie kręciło się wokół zespołu – podsumowuje Izabella.

- Gdy wyjeżdżaliśmy w Polskę czy za granicę, byliśmy razem 24 godziny na dobę. Mieliśmy próby i oczywiście wieczorami koncerty... – dodaje Andrzej. 

- I dzienne, i nocne – uzupełnia Henryk. – Może na co dzień nasze kontakty nie są częste, ale przy okazji andrzejek, kolędowania, urodzin itd. koledzy i sympatycy są chętni, żeby się spotkać. A gdy się spotykamy, to nie tylko rozmawiamy. Wszyscy umiemy grać, tańczyć i śpiewać. Ja biorę gitarę, Andrzej siada przy fortepianie, kolega ma akordeon, są skrzypce, saksofon i jest impreza. U nas jest wesoło – zapewnia. 

- Ja przyprowadzałem tu syna, by zobaczył, jak starzy się bawią – dodaje Janusz Krasucki. – Młodzi nam zazdroszczą, mówią: „My się tak już nie potrafimy bawić jak wy”. Dlatego nie boimy się starości, folklor jest dobrym środkiem konserwującym... Starość może i przyszła do niektórych, ale nie będę wskazywał palcem – śmieje się do kolegów.

Po lewej Andrzej Chłanda, obok kolega
Po lewej Andrzej Chłanda

Improwizacja śmiechem

Spotkania towarzyskie odbywają się zazwyczaj w dużym domu kierownika artystycznego. Andrzej Chłanda udostępnia nie tylko salon, ale też salę w szkole muzycznej, którą prowadzi. W salce – do wybuchu pandemii – odbywały się też próby kabaretu. Starano się je kontynuować przez Skype’a, ale nie wychodzą tak dobrze jak na żywo. Po pandemii artyści chcieliby wrócić na scenę, bo, jak powiedział Andrzej w jednym z wywiadów: „Gdy się zacznie występować na scenie, to trudno przestać”. 

- To jest jak narkotyk, niczym niezastąpione szczęście – mówi Izabella. – Osoby, które dołączyły do kabaretu po bardzo długiej przerwie, szybko odnalazły się na scenie, bo to jest jak z pływaniem: raz się nauczysz i nigdy nie zapominasz – wyjaśnia.

- Albo jak u alpinistów. Widzą, że co roku iluś ginie, ale idą na górę. Bo to adrenalina. Tak jak u nas – dodaje Andrzej.

- Poza tym ludzie, którzy nas oglądają, widzą, że wychodzimy na scenę, żeby się bawić, a nie do końca coś grać. Dlatego żaden występ nie jest taki sam, zawsze coś się zdarzy, ktoś czegoś zapomni, trzeba improwizować i też jest wesoło – wtrąca Janusz.

Okazuje się, że „zapominanie” fragmentu tekstu czy piosenki zdarza się dość często. Nikt jednak nie robi z tego problemu, tym bardziej publiczność, która albo nie rozpoznaje improwizacji albo wówczas wspiera artystę oklaskami. Podczas występów kabareciarze angażują się na 200 procent.

- Iza raz mało nie umarła na scenie tak emocjonalnie podeszła do występu – wspomina Andrzej. – Wytrzymała do końca i nikt się nie zorientował, co się dzieje, ale gdy zeszła, to nie wiedziała, gdzie jest i nikogo nie rozpoznawała. Przyjechało pogotowie, ale wszystko dobrze się skończyło. 

- Tylko męża pamiętała! – dodaje z dumą Henryk.

Poza może dwoma wyjątkami nie zdarzyło się, by w ciągu dziewięciu lat ktoś nie wystąpił na scenie. O odwołaniu koncertu nie ma mowy. Zdarzały się oczywiście sytuacje, gdy członkowie grupy odczuwali jakieś bóle, ktoś się poparzył, kogoś pogryzł pies. Występowali wtedy na środkach przeciwbólowych.

Życie to nie tylko kabaret

Życie kabareciarzy, mimo że pełne przygód i wyjątkowe, nie jest sielanką, jak mogłoby się wydawać. Niektórzy wciąż słyszą od dorosłych już dzieci wyrzuty, że zostawały z dziadkami, bo rodzice je „zostawiali” i szli na próby, grali, wyjeżdżali. Z perspektywy rodzica jednak wieczorna próba była szansą na pielęgnowanie hobby, podtrzymywanie więzi, ale też oderwaniem się od różnych obowiązków, nie tylko rodzinnych.

Zdrowie czasami dopisywało, czasami nie. Wiele osób przechodziło różne choroby, ktoś był po chemii, ktoś miał problemy z sercem, po zawale, itd. 

- Taka grupa daje siłę – stwierdza Ania, żona Janusza, sympatyczka kabaretu. – Kiedyś, gdy miałam problemy, przychodziłam do nich na próby. Czułam się od razu lepiej, bo można było pożartować, pośmiać się. Słowem: znieczulić się, złapać trochę dystansu.

Henryk Popławski przy mikrofonie
Po prawej Henryk Popławski

Kabaret Szczęśliwa „60” jest istotnym elementem w życiu jego członków, ale każdy z nich ma też inne liczne obowiązki. Andrzej Chłanda prowadzi zajęcia we własnej szkole muzycznej, wspiera też dzieci w opiece nad wnuczkami. Izabella Popławska prowadzi hotel Bella dla blisko 30 psów i współpracuje z Fundacją „Przytul Psa”. Jej mąż Henryk nadal pracuje jako inżynier budowlaniec, a wspólnie pomagają wychowywać wnuczęta. Janusz Krasucki jest czynnym pracownikiem naukowym, a ponadto od kilku lat chodzi na zajęcia tanga.

Następny występ? Zależy od przebiegu pandemii. Na ten czas kabaret ma wprawdzie pewien pomysł, ale część osób jest po siedemdziesiątce, nie chcą ryzykować. Chociaż...

- Andrzeju, mówiłeś, że chcesz umrzeć na scenie. No to teraz masz szansę... – prowokuje Janusz.


Zapraszamy do śledzenia oferty koncertowo-kabaretowej na fanpagu Kabaretu Szczęśliwa „60”.


Okładka magazynu Integracja. Główny tytuł brzmi: Janka w Tatrach. Na zdjęciu kobieta w kasku i z plecakiem podczas wspinaczki w wysokich górach. W tle szczyty górArtykuł pochodzi z numeru 4/2020 magazynu „Integracja”.

Zobacz, jak możesz otrzymać magazyn Integracja.

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach (w dostępnych PDF-ach).

Dodaj komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin

Komentarze

  • Ekhem...
    Ptr1
    15.10.2020, 20:22
    Wiek to tylko liczba? W takim razie numer 997 to też tylko liczba, tak samo jak numer celi więziennej czy numer paragrafu w Kodeksie Karnym.
    odpowiedz na komentarz
Prawy panel

Wspierają nas