Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Młodzi duchem. Pasje i aktywności 70-latków

20.10.2020
Autor: Angela Greniuk, fot. archiwum bohaterów, pixabay.com
Źródło: Integracja 4/2020
seniorka wśród kwiatów

Współcześni 70-latkowie potrafią na swoich zasadach doświadczać życia, realizować się, czuć wolność. Polonistka na emeryturze jest radną i ćwiczy na siłowni, motocyklista ogarnia całą grupę pasjonatów dwóch kółek, a autostopowiczka pokonała swoje przygnębienie dzięki podróżom.

Marek

W grupie uwielbia spędzać czas 68-letni Marek Popek, zapalony motocyklista. Wolny czas na emeryturze poświęca na jazdę jednym ze swoich trzech motocykli i liderowanie ponad 700-osobowej grupie motocyklowej na terenie powiatu hrubieszowskiego na Lubelszczyźnie.

- Zacząłem jeździć na motocyklu 40 lat temu, bo nie miałem czym dostać się do pracy. I tak się zaczęło – wspomina. – Trudno wyjaśnić, dlaczego coś się lubi.

Główny ogarniacz

Chwilę przed emeryturą, na której jest od trzech lat, dołączył do klubu motocyklowego. 

- Gdy przyszedłem, to nie mieliśmy żadnych spotkań czy zlotów, nic się nie działo – przyznaje. – Zacząłem ich namawiać, by coś organizować, ale bez efektów. Zdecydowałem, że sam to będę robił. Lubię ludzi i lubię ogarniać organizacyjne sprawy.

Jak powiedział, tak zrobił. Od pięciu lat Marek jest liderem i inicjatorem wydarzeń w Hrubieszowskiej Grupie Motocyklowej. Z jego inicjatywy odbywają się imprezy z okazji różnych okoliczności, jak andrzejki czy sylwester. Zwołuje też ludzi do akcji charytatywnych.

- Dyrektorzy szkół lub nauczyciele - bywa, że także motocykliści - zapraszają nas np. na Dzień Dziecka. Wtedy wozimy dzieciaczki i pokazujemy motocykle. Zapraszają nas na swoje święta strażacy, bywamy jako „atrakcja” na festynach. Na mikołajki przebieramy się i jedziemy z cukierkami do dzieciaków w szpitalu. Szlachetna Paczka zaprasza nas, żeby pomóc rozwozić prezenty i narobić trochę szumu, bo motocykle są głośne i ładnie się prezentują – wymienia Marek. – Bywamy też eskortą na śluby, raz pojawiło się aż 60 motocykli. Ciekawie wygląda taka głośna kolumna.

Marek organizuje też wyjazdy na zloty motocyklowe, które odbywają się w weekendy w całej Polsce. Bardzo często bierze w nich udział.

- Skoro rok ma 52 weekendy, to jestem na zlotach ok. 40–45 razy. Jeżdżę z grupą i żoną, czasami sam – mówi.

Marek Popek
Marek Popek

Imprezy na zlotach

Zloty motocyklowe wyglądają podobnie. Jedne są darmowe, inne płatne – jeżeli organizator przewiduje koncerty zespołów.

Motocykliści przyjeżdżają w piątek po południu lub wieczorem. Przy wejściu dostają „wejściówkę”, czyli koszulkę i blachy upamiętniające datę i miejsce zlotu, a jeśli zlot jest płatny – czasami posiłek. Uczestnicy nocują w namiotach, część przyjeżdża samochodami, więc śpią w nich lub przyczepach kempingowych. W wydarzeniu biorą też udział osoby, które nie mają motocykli. 

- Przyjeżdżają nawet autobusami, zostają do soboty lub niedzieli. Najważniejsze, że chcą z nami być, pobawić się i spotkać z ludźmi. W każdym wieku można przyjechać – zapewnia Marek.

Zlot motocyklowy to impreza z klimatem festiwalu np. w Jarocinie. Są tu i 12-letnie dzieci z rodzicami – na swoich małych motorach, i 80-latkowie. Najwięcej osób jest w przedziale 30–50 lat. Wieczorami są dla nich koncerty na żywo albo z głośników, najczęściej rockowe, są tańce, śpiewy i alkohol.

- Zloty są organizowane najczęściej przez zaprzyjaźnione grupy. Jest bardzo bezpiecznie nawet gdy przyjedzie tysiąc czy dwa tysiące ludzi. Nigdy nie widziałem, by ktoś się tu kłócił. To mówi samo za siebie. Ludzie są przyjaźnie usposobieni, chcą się pobawić, oderwać od codzienności, spędzić razem czas, mieć wspomnienia. Jak w każdej grupie, czasem ktoś komuś nie podpasuje, ale nie na tym polega bycie w grupie, by się wszyscy kochali. Grupa jest na tyle różnorodna, że każdy znajdzie miejsce dla siebie – mówi Marek.

Info na wyciągnięcie ręki

Informacje o zlotach Marek wyszukuje przez internet. Wystarczy wpisać w Google hasło: „kalendarz imprez motocyklowych” i pojawia się spis imprez w całej Polsce. Jest z czego wybierać, 4-5 zlotów na tydzień – przed pandemią. Jest też grupa na Facebooku, którą prowadzi Marek – jej członkowie proponują, gdzie chcieliby jechać z grupą lub umawiają się gdzieś na kilku motocyklach. Kto chce, ten jedzie.

- W naszej grupie jest ponad 700 osób, ale tylko część jest aktywna. Każdy sam decyduje, to własna i nieprzymuszona wola, by jeździć na zloty czy brać udział w wydarzeniach, które organizuję. Ja czasami nie wiem, ile osób przyjdzie. Nie robimy listy, wszystko na spokojnie. Ja wytyczam kierunki, a członkowie decydują – mówi Marek.

W grupie hrubieszowskiej jest dużo osób po pięćdziesiątce czy sześćdziesiątce.

- Ale jestem chyba najstarszy ze wszystkich... – śmieje się Marek.

Nie zamierza rezygnować z jazdy jeszcze przez wiele lat.

- Na motorze nie czuję adrenaliny, bo jeżdżę normalnie, ale na pewno czuję wolność. Poza tym lubię ludzi, lubię jeździć z grupą.

Marek na jednym z wydarzeń

Otwarta społeczność

Grupa motocyklowa to stereotypowo zamknięta społeczność, w której są osoby o ostrym charakterze, w czerni i skórach. Nic bardziej mylnego. To środowisko otwarte na nowych ludzi, zarówno tych, którzy niedawno kupili motocykl i chcą spróbować funkcjonowania w grupie, jak i osoby bez ciężkich pojazdów dwukołowych. 

- To u nas normalne. Wystarczy dowiedzieć się, gdzie jest planowane miejsce zbiórki i przyjść. Można poprosić któregoś motocyklistę o możliwość jazdy, bycia tzw. plecakiem. Jeśli motocyklista będzie czuł się na siłach, to weźmie pasażera, a jeśli nie - pomoże znaleźć kogoś, kto dobrze jeździ i go zabierze. Znam kilka osób, które dość długo z nami jeżdżą jako „plecaki”, bo nie czują potrzeby kupowania lub nie kupią motocykla z różnych względów. OK, nie mamy z tym problemu – przyznaje lider.

W tym roku wiele wyjazdów i spotkań wstrzymała pandemia. Część osób nie przyjeżdża, bo się boi, część przyjeżdża, próbując zachowywać ostrożność.

Na pytanie o to, czy Marek zna lub kojarzy motocyklistkę lub motocyklistę z widoczną niepełnosprawnością, odpowiada twierdząco:

- Znam mężczyznę, który od dawna jeździ motocyklem, a nie ma lewego przedramienia i części lewej nogi. Do jazdy używa protez. Prawą ręką pomaga sobie jakoś „nabić” lewą protezę na kierownicę. Ma dostosowanego 300-kilogramowego harleya i wszystko, co potrzeba, ma przeniesione na prawą stronę. Jeździ jak każdy. Nawet kiedyś się dziwiłem, bo jeździł tym harleyem po mokrej trawie i piasku, a nie każdy potrafi przejechać po takich nawierzchniach, szczególnie po piasku. Radził sobie nieźle, jest dobrym motocyklistą.

Barbara

Barbara Wierzchowska to 70-letnia polonistka, która przez prawie 50 lat uczyła w Liceum Ogólnokształcącym im. Stanisława Staszica w Hrubieszowie. Obecnie jest na emeryturze, podczas której znalazła nowe hobby: ćwiczenia na siłowni. Została też radną miasta i wciąż rozwija swoje zainteresowania. W weekendy można ją spotkać z mężem na drogach podhrubieszowskich wsi, gdzie wędruje po kilkanaście kilometrów. Gdyby nie pandemia, w wakacje znów wyjechałaby za granicę na obóz z młodzieżą.

- Przede wszystkim jeśli człowiek jest całe życie na wysokich obrotach, to nie zwolni na emeryturze – mówi. – Gdy trzy lata temu ją zaczęłam, to się przestraszyłam, że mam tak dużo czasu i nie wiem, co z nim zrobię. Wszyscy bali się, że wpadnę w straszną depresję, bo ta decyzja była dosyć nieoczekiwana.

Barbara myślała o emeryturze, ale chciała jeszcze popracować. Plany pokrzyżowała likwidacja gimnazjum, bo osoby z uprawnieniami emerytalnymi były pierwsze do zwolnienia. Nie miała z tym problemu, rozumiejąc sytuację młodszych nauczycieli. Okazało się, że pierwszy rok emerytury był kontynuacją „bycia na wysokich obrotach” i wymagającym czasem.

- Myślę, że los mi w dużym stopniu pomógł, dlatego że ten najtrudniejszy rok byłam zajęta ratowaniem mamy. Były wyjazdy pod Toruń, długie pobyty. Byłam cały czas na łączach z lekarzami, pilnowałam lekarstw mamy itp. To mnie uratowało od zupełnej pustki po szkole, zaczęło się dla mnie kolejne działanie. Mama po roku zmarła, a ja już teraz inaczej przeżywam czas na emeryturze.

Barbara Wierzchowska
Barbara Wierzchowska

Zakochana w ruchu

Barbara postawiła na zdrowie i zadbanie o sprawność na siłowni. Wcześniej chodziła na aerobik i z szaloną przyjemnością jeździła na nartach – do czasu skompilowanych obrażeń nogi po wypadku, w wyniku którego istniało ryzyko trwałej niepełnosprawności. Jako osoba przyzwyczajona do porannego wstawania do szkoły, ale i o naturze skowronka, zaczyna trening o 8.00, nierzadko towarzysząc obsłudze przy otwieraniu siłowni.

- Ktoś mi powiedział: „Idź sobie na siłownię, fajnie czas spędzisz, ludzi poznasz”, więc poszłam. Wzięłam trenera, rozpisał mi treningi, pokazał, jak ćwiczyć, bo jeśli człowiek nie wie, to może sobie zrobić krzywdę. Później zaczęłam ćwiczyć sama – opowiada.

Jest na siłowni 3–4 razy w tygodniu po dwie godziny. Jak przyznaje, do treningów podchodzi obowiązkowo i jest zawzięta. Ćwiczenia odpuszcza jedynie w czasie upałów. Co jej daje takie zaangażowanie w sport, oprócz dobrej kondycji i poprawy zdrowia?

- Nie odchudzam się, broń Boże, ale cieszę się, że udaje się utrzymać wagę, że mam formę, nie mówiąc już o nowych koleżankach z siłowni, którymi są przeważnie... byłe uczennice. Początkowo witały mnie: „Dzień dobry, pani profesor”, ale już sprowadziłam je do poziomu, że nie ma tu profesorowania i paniowania. Niektóre udało się przekonać, inne średnio, no trudno. Z siłowni jestem dumna i tak przyzwyczaiłam organizm, że jeśli nie idę na trening, to mnie prawie na niego „wyrzuca”, ale wiem też, że gdy mam dzień odpoczynku – to go mam na serio.

Oprócz wysiłku na treningach Barbara od kilku lat wraz z mężem chodzi w weekendy na wędrówki za miasto, by nie marnować czasu przed telewizorem. Dystans mają różny, od 10 km, czasami 15, nawet do 20.

- Gdy idziemy, to celem są okoliczne wsie. Wszystkie w ten sposób poznałam – przyznaje. – Towarzyszem pieszych wypraw i wyjazdów jest mąż. Ja jestem obowiązkowa, bo trzeba iść na siłownię, ale on ani dnia nie odpuści i tylko w weekendy nie truchta z psem. Ale się cieszę, bo ma zajęcie – dodaje.

Gdy są wakacje, to Barbara korzysta z nich, wyjeżdżając z mężem, czasami też z wnukiem, w góry lub nad jeziora. Przez kilkanaście lat organizowała zagraniczne wakacyjne wyjazdy dla chętnych uczniów ze szkoły, głównie na zachód i południe Europy.

- Na swoje ostatnie wyprawy brałam naszą fajną wuefistkę, panią Dominikę. Gdy przeszłam na emeryturę, to byłam pewna, że to koniec z wyjazdami, a ona mi zapowiedziała: „Ja sobie nie wyobrażam jechać bez ciebie”. Więc pojechałam. Byliśmy z młodzieżą w Grecji i rok temu w Hiszpanii. W tym roku mieliśmy jechać do Bułgarii, gdzie nigdy nie byłam, ale wybuchła pandemia.

Uliczka na Sycylii

Zszokowana radna

Barbara Wierzchowska od dwóch lat jest w Radzie Miasta Hrubieszów. Dostała propozycję kandydowania z listy Lewicy, jednak dała się przekonać tylko pod warunkiem zachowania bezpartyjności.

- Gdy zostałam radną, oczywiście już myślałam, że z Hrubieszowa zrobię pół Paryża! A to w zbliżeniu wygląda całkiem inaczej, jestem trochę zniesmaczona. Na przykład długo walczyłam o remont chodnika, gdyż najpierw trzeba stwierdzić, czyj jest teren – niby droga powiatowa, ale okazało się, że powiat ma nieuregulowane stosunki własnościowe, miasto coś może dołożyć, ale nie może samo tej drogi zrobić... Wiele spraw tak trwa w nieskończoność, toczy się biurokracja dla biurokracji, a to takie bezproduktywne.

Polonistka jest w komisjach kultury, oświaty, prawa i administracji oraz skarg, wniosków i petycji. W tej drugiej nie ma wielu skarg od mieszkańców, jednak refleksja z pracy w tej komisji należy raczej do gorzkich.

- Niektóre sprawy stawiają włosy dęba. Takie są zaniedbania, zostawia się biednych ludzi na marginesie, samych sobie. Ludzie w blokach socjalnych od kilku lat nie mają dostępu do bieżącej wody, dlatego że rury są czymś zatkane i miasto nie potrafi im pomóc. Ale są też osoby roszczeniowe, np. 30-letnia kobieta z gromadką dzieci, drugim mężem, który ma zawód, ale nie szuka pracy - mówi, że należy się jej nowe mieszkanie i miasto ma je zapewnić. Ale do pracy żadne z nich nie chce się wziąć.

Małe i większe przyjemności

Barbara, zapytana o postrzeganie życia i przeżywanie kobiecości z perspektywy 70-letniej kobiety, przyznaje, że mniej się teraz maluje, ale nadal lubi być elegancka, bo zawsze była „strojnisią”. Więcej teraz gotuje i bardzo dba o mieszkanie. Ale to nie wszystko: 

- Jestem bardziej tolerancyjna dla męża, w zasadzie nie ma teraz między nami kłótni. Jest dużo większa więź i potrzeba bliskości psychicznej i duchowej. Mogę też powiedzieć, że niedawno... za zaoszczędzone pieniądze i troszkę ze spadku po mamie kupiłam sobie pierwszy raz prawie nowego mercedesa. Bardzo mnie to cieszy. Może nie jest mi to bardzo potrzebne, ale lubię jeździć samochodem, przyjemnie jeździ się w tak wygodnym aucie.

Teresa

W marcu br. w wieku 86 lat zmarła Teresa Bancewicz, postać wyjątkowa nie tylko dla podróżników i kobiet, która swoim życiem przełamywała stereotypy i wyobrażenia związane z postrzeganiem życia po sześćdziesiątce.

Teresa Bancewicz
Teresa Bancewicz

Królowa autostopu

Zwiedziła autostopem ponad 20 krajów na wszystkich kontynentach, oprócz Australii i Antarktydy.

W swoim życiu poznała i smak dobrobytu z ciepłym domem, i smak biedy oraz tragedii. Była plastyczką i projektantką, odchowała dwójkę dzieci, rodzinie wiodło się dobrze. Przed transformacją ustrojową oboje z mężem stracili pracę. Przeprowadzili się z trzecim, najmłodszym dzieckiem na wieś do starego domu, którego nie mieli z czego wyremontować. Chorowała na depresję. Po kilku latach syn popełnił samobójstwo.

„Choroba duszy” pogłębiała się, odbijając się mocno na fizyczności Teresy – wypadały jej włosy, zęby, pękała skóra. Był rok 1996, lekarze nie wiedzieli, co zrobić z pacjentką. Jeden z nich poradził, by ratowała zdrowie przez zmianę otoczenia. Mając 62 lata, zdecydowała się na pierwszy zagraniczny wyjazd.

„Przy wiosennych pracach w ogrodzie zrodził się plan podróży. Wiedziałam, że w świecie wieloletnią tradycją mają podróże autostopem. Przyjęłam taką formę przemieszczania się” – pisała na blogu teresabancewicz.blogspot.com.

Żyjąc za 300 zł miesięcznie, nie miała pieniędzy, by kupić buty na wyprawę, nie wspominając już o biletach. Pożyczyła buty od syna i ruszyła na miesięczną wyprawę autostopem do Skandynawii przez Rosję, Litwę i Estonię. Bez namiotu. W 30-kilogramowym plecaku miała zapasy mleka w proszku i płatków, kuchenkę i – jak na plastyczkę przystało – swoje prace: ponad 250 kompozycji z suszonych kwiatów. Z ich sprzedaży mogła kupić bilet na prom. W Helsinkach, za pierwsze zarobione pieniądze, kupiła jedzenie. Zdarzało się jej głodować. Z ludźmi dogadywała się mimiką i na migi, bo w niewielkim stopniu znała język rosyjski i niemiecki.

Miesiąc podróży wystarczył, by odżyła, a dolegliwości fizyczne minęły. Wróciła do Polski i... zajęła się przygotowywaniem kolejnej podróży. Do skończenia 82 lat Teresa przejechała autostopem i jachtostopem m.in. Skandynawię, Islandię, Wielką Brytanię, Irlandię, Czechy, Austrię, Słowenię, Chorwację, Serbię, wyspy greckie, Mołdawię, Ukrainę, Litwę, Estonię, Rosję, Kazachstan, Chiny, Japonię, Tunezję, Maroko, Egipt, kraje arabskie, Oman, Izrael, Wyspy Kanaryjskie, Urugwaj, Kolumbię, Kubę.

pinezki na mapie

Odbudowa siebie

Z wypraw, jak to z podróży autostopem, przywoziła wiele doświadczeń z różnych rejonów świata, przeżyć ze spotkań z ludźmi i przygód.

„Wszystkie moje podróże wzięły się z nędzy, były całym moim życiem i dawały siłę na następny rok – wspominała Teresa w materiale dla National Geographic. – Ja od ludzi zawsze dostawałam więcej opieki, niż potrzebowałam. Jak wracałam, to od niej kwitłam”.

„Na pewno podróże wzmacniają psychicznie i dostarczają mi adrenaliny. Wciąż pamiętam też o tym, że podróżowanie wyciągnęło mnie z choroby. Istotą podróżowania jest oczekiwanie na to, co może mnie spotkać. To adrenalina, zaskoczenie, niespodzianka. Moim pragnieniem jest poznawanie człowieka pod wszystkimi szerokościami geograficznymi” – mówiła królowa autostopu w wywiadzie Bernadetty „Bebe” Baran pt. 100 pomysłów na podróżowanie.

Na pytanie autorki książki o to, jak mogłaby zachęcić starsze osoby do podróżowania, odpowiedziała:

„Żeby podróżować, żeby działać, trzeba od zaraz zadbać o zdrowie. Ćwiczyć wytrzymałość na chłód, upał i głód. Ćwiczyć dźwiganie plecaka”.

Zainspiruj się

To opowieści o kilku osobach po 60. r.ż., które są aktywne i mają ciekawe zainteresowania. Do tej grupy można dodać jeszcze starsze panie, m.in. słynną didżejkę Wikę, czyli 82-letnią Wiktorię Szmyt, i 85-letnią aktorkę i od kilku lat modelkę Helenę Norowicz, która uprawia jogę. Coraz częściej osoby 60+ zakładają konta na Facebooku, Instagramie czy – z pomocą wnuków – na platformie dla młodych: Tik-Toku, gdzie stają się tzw. silver influencerami. Są wśród nich też influencerzy mody męskiej jak Styleman – Ireneusz Korzeniewski czy influencerka mody damskiej i pielęgnacji Krystyna Bałakier, 68-letnia Irena Wielocha, prowadząca fanpage „Kobieta zawsze młoda” czy 92-letnia Anna prowadząca na Instagramie konto: „Życie zaczyna się po 90+”.

Warto realizować swoje pomysły na tyle, na ile możemy, bo jak mówi 76-letnia słynna wokalistka Urszula Dudziak na jednym z filmików na swoim kanale na YouTubie: „Nie zakładajmy niczego z góry. Korzystajmy z każdej sekundy, każdej minuty, każdej godziny. Zacznijmy od siebie, od naszego szczęścia i zadowolenia, od naszej wspaniałej, dobrej energii”.


Okładka magazynu Integracja. Główny tytuł brzmi: Janka w Tatrach. Na zdjęciu kobieta w kasku i z plecakiem podczas wspinaczki w wysokich górach. W tle szczyty gór

Artykuł pochodzi z numeru 4/2020 magazynu „Integracja”.

Zobacz, jak możesz otrzymać magazyn Integracja.

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach (w dostępnych PDF-ach).

Dodaj komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin

Komentarze

  • Pięknie sie czyta ale.......
    Maria
    22.10.2020, 21:15
    Mam 74 lata i dalej opiekuje sie 52 letnim synek z porazeniem czterokonczynowym... na wozku...dla nas radoscia jest wyszykowanie sie ..wyjscie na spacer ..po zakupy.. jak tylko pogoda dopisuje..i w tym wszystkim staramy sie zachowac zdrowie psychiczne i fizyczne,,, zyc dla kogos..oto jest wyzwanie....pozdrawiam...
    odpowiedz na komentarz
Prawy panel

Sonda

Czy chciał(a)byś zaszczepić siebie lub osobę, którą się opiekujesz, gdyby pojawiła się szczepionka przeciw COVID-19?

Biuletyn

Wspierają nas