Kocha, lubi, bije

Autor: Marta Kotas, Fot.: www.sxc.hu
Źródło:

Przemoc to zjawisko znane nie od dziś. Doświadczyć może jej każdy: kobieta, dziecko, mężczyzna, osoba starsza czy z niepełnosprawnością. To w zasadzie bez znaczenia. Nawet czasem powodu nie trzeba. Wystarczy być.
 
Przemoc w domu to w dalszym ciągu temat tabu w naszym społeczeństwie. Kiedy zachodzi podejrzenie, że w naszym najbliższym otoczeniu ktoś z tego powodu cierpi, ignorujemy to, zakładając, że to nie nasza sprawa i że nie da się z tym nic zrobić. Bo łatwiej jest ignorować niż pomóc.

Być kobietą, być kobietą
Zwykle na przemoc narażone są osoby słabsze, takie po których widać, że nie będą mogły lub nie będą chciały oddać. Są one najłatwiejszym celem. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że na przemoc szczególnie narażone są osoby z niepełnosprawnością, zwłaszcza kobiety. Według Marii Panayotopoulos-Cassiotou, członka Komisji Praw Kobiet i Równouprawnienia w Parlamencie Europejskim, prawie 80 proc. kobiet, bez względu na rodzaj niepełnosprawności, pada ofiarą przemocy, a ryzyko przemocy seksualnej jest w ich przypadku wyższe niż wobec innych kobiet. W wielu przypadkach przemoc stanowi przyczynę ich niepełnosprawności. Najczęstszym rodzajem przemocy jest przemoc domowa, czyli doświadczana od najbliższych, zwykle od męża. Kobiety z niepełnosprawnością często nie potrafią się bronić lub nikt nie zwraca uwagi na ich skargi właśnie dlatego, że są niepełnosprawne.

Kobiet z zamkniętymi oczami. Fot.: Gonzalo Garo/www.sxc.hu

Dlaczego biją?
Według psycholog Marii Skut, przemoc w rodzinie spotyka najczęściej kobiety, które są uzależnione ekonomicznie od partnera. Zwykle to on jest żywicielem rodziny i przez to uważa się za kogoś silniejszego, za kogoś, kto ma prawo egzekwować swoje racje przy pomocy różnych argumentów, z przemocą włącznie. Nie zawsze musi być to oczywiście przemoc fizyczna, często jest to znęcanie się psychiczne, które najczęściej przejawia się w kłótniach, wyzwiskach, odosobnieniu i ubliżaniu. W przypadku przemocy domowej wobec osoby z niepełnosprawnością sprawa jest o tyle „prosta”, że sprawienie bólu jest wyjątkowo łatwe, niezależnie od tego czy mowa tu o bólu fizycznym czy psychicznym. Zwykle osoby z niepełnosprawnością są wyczulone na punkcie swojej niepełnosprawności, a mówienie o tym jako o ułomności czy niezdatności i ciężarze sprawia niewyobrażalną przykrość. To stwarza okazję do łatwego wyładowania swoich frustracji i niepowodzeń na kimś słabszym.

Przyczyn przemocy domowej jest wiele, często są to powody błahe. Może być ona sprowokowana alkoholem. Osobowości patologicznej i skorej do stosowania przemocy trzeba niewiele, by uderzyć.

Kocham, więc bije
- Mojego partnera poznałam cztery lata temu, na jednym ze spotkań organizowanych przez naszych wspólnych znajomych – opowiada Krystyna. - Na początku wydawał się porządnym i dobrym człowiekiem. Zaczęliśmy się coraz częściej spotykać i nim się obejrzałam, zakochałam się w Marku. Uczucie było o tyle silne, że mało kiedy pełnosprawny, przystojny mężczyzna zwracał na mnie uwagę. Wydawało mi się, że chwyciłam pana Boga za nogi. Decyzja o wspólnym zamieszkaniu w zasadzie była formalnością, mimo, że mieszkaliśmy w innych miastach – opowiada. - Tak więc szybko podjęłam decyzję o przeprowadzce, rezygnując z własnego mieszkania i pracy. Pomyślałam, że we Wrocławiu też coś się dla mnie znajdzie. Jednak tak łatwo nie było. Pozostawałam bez pracy, ale dla Marka nie stanowiło to problemu. Twierdził, że lepiej jest gdy zajmuję się domem, a on zarabia. Do pewnego momentu było jak w bajce, istna sielanka. Z czasem zaczęło się coś psuć, często bez powodu kłóciliśmy się, on coraz później wracał z pracy, a kiedy już wrócił, był po kilku drinkach. To powodowało kolejne awantury i sprzeczki. W zasadzie o wszystko, o moje „kalectwo, bezużyteczność i nieudolność”, o nieposprzątane mieszkanie, o jego późne powroty i picie.

Złość na twarzy mężczyzny. Fot.: Alessandro Paiva/www.sxc.hu

Dla Krystyny najgorsze było to, że z czasem jej ukochany Marek podniósł na nią rękę. Na początku miał to być jednorazowy „wypadek”. Marek mówił, że nigdy więcej tego nie zrobi. Niestety stało się inaczej, a „wypadki” zaczęły być rutyną.

- Po roku miałam dość ciągłego słuchania o tym, jaka jestem nieprzydatna i że wszystkiemu winne moje „kalectwo” – mówi Krystyna. – Postanowiłam odejść mimo, że w dalszym ciągu kochałam Marka. Było to o tyle trudne, że w momencie gdy wyprowadziłam się z rodzinnego miasta, zerwałam kontakt ze wszystkimi bliskimi. Jednak którejś nocy, kiedy Marek nie wracał do domu stwierdziłam, że nie zniosę kolejnego powrotu, kolejnego uderzenia, kolejnego „przepraszam”. Spakowałam kilka rzeczy i odjechałam taksówką na dworzec. Z pociągu zadzwoniłam do mamy, u której zamieszkałam po przyjeździe - opowiada.
Marek zauważył zniknięcie Krystyny dzień później i zaczął wydzwaniać do Krystyny, przyjeżdżać, przepraszać. Gdyby nie stanowczość mamy Krysi, pewnie wróciłaby ona do Marka, a jej koszmar trwałby do tej pory.

Cichy świadek
Słuchając tego typu opowieści nasuwa się pytanie o to, gdzie byli znajomi i sąsiedzi, którzy nieraz pewnie słyszeli awantury i spotykali niepełnosprawną kobietę z poobijaną twarzą. Nie ma na to racjonalnej odpowiedzi, poza zdaniami w stylu: „wyglądali na dobraną parę”, „on był zawsze taki spokojny” czy „kto by przypuszczał, że można pobić osobę na wózku”. To ostatnie wykluczało w ogóle możliwość podniesienia ręki na Krystynę. - Kiedy Marek i Krysia zamieszkali razem byli idealni – mówi przyjaciółka Krysi – on jej tak we wszystkim pomagał, dbał o nią. Gdy Krysia zwierzyła mi się, że Marek pije i ją bije nie uwierzyłam, nie mieściło mi się to w głowie. Jednak pewnego dnia zobaczyłam ją z siniakiem pod okiem. Od tego momentu starałam się jej przetłumaczyć, że powinna jak najszybciej od niego odejść – dodaje.

Ręka. Fot.: www.sxc.hu

Jednak sąsiedzi pary rzadko kiedy interesowali się awanturami, ani razu nawet nie zadzwonili na policję czy nie zapukali, by zapytać czy wszystko w porządku. O bezpośrednich pytaniach w ogóle nie było mowy.

Często obcy ludzie, którzy są świadkami tego rodzaju wydarzeń, uważają, że nie powinni się wtrącać, że tak czy inaczej ich jednorazowa interwencja nie pomoże nikomu, a im samym przysporzy niepotrzebnych kłopotów - lepiej zignorować niż działać.

Pomocna dłoń
Mimo, że problem przemocy w rodzinie jest trudny do zdiagnozowania, bo blisko 90 proc.  przypadków przemocy nie jest nigdzie zgłaszanych, to zjawisko to jest jednym z poważniejszych problemów społecznych w Polsce. Dlatego też powstaje coraz więcej ośrodków i fundacji, do których mogą zgłaszać się ofiary przemocy. Tam zwykle dostaną nie tylko poradę psychologa, lekarza, ale również prawnika, który pomoże im przejść przez trudy ewentualnego procesu.

Najbardziej oczywistym miejscem, do którego powinny się udać osoby, które doświadczają aktów przemocy, jest posterunek policji. Często jest tak, że osoba agresywna, której udowodni się napaść, trafia do aresztu, a nawet w wyniku procesu - do więzienia. Jednak zastraszone osoby boją się iść na policję, bo zdarzyć się może, że nie stwierdzą pobicia czy nie zabiorą oprawcy do aresztu. Po takiej interwencji ataki mogą być jeszcze silniejsze. Dlatego też wiele osób rezygnuje ze skargi.

Innym powodem, dla którego ofiary przemocy nie zgłaszają się na policję, jest nie tyle strach,  co miłość do drugiej osoby, nawet mimo, że „miłość ich życia” znęca się nad nimi. Nieracjonalnie uważa się tę osobę za jedynego żywiciela rodziny, ojca swoich dzieci, ukochanego, który po prostu przeżywa chwile słabości i „na pewno był to jednorazowy wypadek”.

Stłuczone okulary. Fot.: www.sxc.hu

Kluczowe w uzyskaniu pomocy w przypadku przemocy domowej jest uzmysłowienie sobie, że druga osoba nas krzywdzi i że jedynym sposobem na uwolnienie się od „wypadków” jest przeciwstawienie się temu. Trzeba pamiętać, że jeśli ktoś raz zdecydował się uderzyć, zrobi to ponownie. Można z tym wygrać, jeśli tylko znajdzie się w sobie siłę i odwagę, a także ma się wsparcie przyjaciół lub rodziny.