Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Drugie życie pod żaglami

03.10.2008
Autor: Maciej Piotrowski, fot: Marek Winiarczyk
Źródło: inf. własna

Dobry start to jeden z najpiękniejszych momentów regat. Jachty, pochylone siłą wiatru, płyną jak na paradzie: burta w burtę, żagiel przy żaglu, jakby ktoś przeciągnął przed dziobami niewidzialny sznurek.

W  takich  chwilach  żeglarze czują, jakby wyrastały im skrzydła. Ludzie oglądający ten  powietrzno-wodny  spektakl  nie wiedzą, czy na jachcie płynie pełno- czy niepełnosprawna załoga.

Dobry start często decyduje o zwycięstwie. Kilkanaście łodzi zbliża się do umownej linii między dwiema bojami, którą można przekroczyć dopiero po sygnale startera. Nie wcześniej, gdyż w razie falstartu załoga musi zawrócić i powtórzyć cały manewr.

„Disabled”, czyli...?
W połowic czerwca br., na przystani Almatur w Giżycku, doskonale dostosowanej do potrzeb osób z niepełnosprawnością, Stowarzyszenie Mazurska Szkoła Żeglarstwa oraz Polski Związek Żeglarzy Niepełnosprawnych zorganizowały dwie imprezy, w których uczestniczyło kilkaset osób z całego kraju.

Pierwsze odbyły się XIV Mistrzostwa Polski Żeglarzy Niepełnosprawnych, natomiast 20-22 czerwca zorganizowano IV Festiwal Sportów Wodnych Osób Niepełnosprawnych. Głównym sponsorem zawodów był PFRON.

- Walczymy z podziałem na sprawnych i niepełnosprawnych żeglarzy - powiedział po regatach Andrzej Bury, sternik zwycięskiej łodzi. - To jest tłumaczenie terminu disabled sailor, który po angielsku brzmi równie niezręcznie jak po polsku. Disabled, czyli co? Niezdatny, pozbawiony siły, nieudolny? Czy to ma oznaczać, że jeśli powieje silniejszy wiatr, to zwijamy żagle i wzywamy pomoc? W takim razie, jaką wartość miałyby nasze zwycięstwa w Mistrzostwach  Polski  i  nasze patenty żeglarskie? Kto miałby odwagę wypływać z nami w dalekomorskie rejsy?

Na zdjęciu: W ciągu 10 lat wspólnych startów Marian Zakowicz, Andrzej Bury i Eugeniusz Rakowicz (na zdj. od lewej) pięć razy zdobyli tytuły mistrzów Polski i pięć razy wicemistrzów. Fot. Marek Winiarczyk
Na zdjęciu: W ciągu 10 lat wspólnych startów Marian Zakowicz, Andrzej Bury i Eugeniusz Rakowicz (na zdj. od lewej) pięć razy zdobyli tytuły mistrzów Polski i pięć razy wicemistrzów. Fot. Marek Winiarczyk

Dobrze dobrani
Tango 780 to spory jacht: ma ponad tonę wagi i prawie 8 m długości. Dwa żagle - grot i fok - oraz mnóstwo lin: cumy, fały, szoty. Wszyscy żeglarze mają czasem strach w oczach, gdy nagły szkwał przygina maszt do powierzchni wody, a zapętlona gdzieś lina nie pozwala zwolnić żagla. A załoga Andrzeja Burego? Jest przygotowana na każdą ewentualność i walczy z konkurentami o każdy metr trasy. W zależności od kierunku wiatru trzeba zwalniać i na-ciągać szoty, podnosić i opuszczać ciężki 100-kilogramowy miecz, przeskakiwać z burty na burtę, aby zrównoważyć przechyły. W ciągu jednego biegu trwającego do dwóch godzin wykonuje się kilkadziesiąt takich manewrów. W tym roku podczas Mistrzostw Polski w ciągu trzech dni regat przeprowadzono dziewięć biegów.

Potrzeba żelaznej kondycji, aby podołać takiemu wysiłkowi. Szczególnie jeśli ma się bezwładne nogi - jak Andrzej Bury, nie ma nóg - jak Marian Zakowicz, szotowy, albo ma tylko jedną -jak Eugeniusz Rakowicz, obsługujący szoty grota (tylnego żagla), fał miecza i jeszcze balastujący.

Cała trójka dobrała się jak w korcu maku. Mieszkają w Jastrzębiu-Zdroju, przed laty pracowali w górnictwie. Andrzej Bury (2 punkty handicapu, czyli kompensacyjne) może sterować tylko jedną ręką, drugą musi przytrzymywać się burty. Bez tego przy każdym przechyle przelatywałby z jednej strony łodzi na drugą. W Holandii, podczas Mistrzostw Europy Niepełnosprawnych Żeglarzy, oglądał angielski jacht, na którym zamontowano fotelik dla sternika. Osadzony na suwnicy fotelik w ułamku sekundy przeskakiwał z burty na burtę pod ciężarem sternika. I jeszcze dawał się zablokować w dowolnym położeniu za pomocą specjalnej zapadki. Andrzej nawet nie pytał, ile kosztuje takie urządzenie. I tak nie byłoby go na nie stać.

Eugeniusz Rakowicz zajmuje się mieczem, ale także przejmuje od sternika szoty grota, gdy Bury podczas zwrotu przenosi się na górną burtę. Marian Zakowicz odpowiada za szoty foka (przedniego żagla) i ogólny klar (porządek) na jachcie. Obaj mają po 5 punktów kompensacyjnych. Cała trójka ma ich 12, czyli o 2 mniej niż maksymalna liczba dla jednej załogi. Jednak ta punktacja nie wpływa na ostateczny wynik. Oznacza tylko, że załoga ma prawo startować w regatach osób z niepełnosprawnością. Załoga o mniejszej liczbie punktów musi wykazać się lepszą praktyką i żeglarskim sprytem, aby dorównać sprawniejszym.

- Jest tak - mówi Eugeniusz - jakby ktoś patrzył na nas z góry i dbał, aby wynagrodzić nam wydarzenia sprzed lat.

Pomysły na życie
W 1981 roku Eugeniusz Rakowicz (rocznik 1940) miał za sobą 23 lata pracy na dole: był sztygarem w kopalni „Moszczenica". Tamtego dnia stanął przy taśmociągu, choć nie musiał. W górnictwie trwała polityczna burza, ludzie zwalniali się, strajkowali, zawsze kogoś brakowało do pełnej obsady maszyn. Taśmociąg urwał Eugeniuszowi nogę w kolanie i poszarpał mięśnie uda. Nie czuł bólu (miał szok pourazowy), nie stracił przytomności. Koledzy wpadli w panikę. Jeden krzyczał: „Tylko niech pan tu nie umiera!". Rakowicz przywołał go do porządku i polecił zacisnąć na udzie, jak najbliżej biodra, opaskę zaciskową. Transport na górę trwał prawie godzinę. Eugeniusz, leżąc na noszach, trzymał w wyprostowanej ręce kroplówkę.

Przez całą rehabilitację szukał pomysłu na życie. Żona Anna, nauczycielka, miała pracę w szkole. Eugeniusz dorabiał do renty dorywczymi pracami, wychowywał córki Małgosię i Ewę, ale doskwierała mu bezczynność i poczucie bycia na marginesie życia. Wyjeżdżał na wczasy do zakładowych ośrodków na Mazurach. Patrzył na łodzie i nie przypuszczał, że niebawem żeglarstwo stanie się jego pasją.

W końcu lat 90., w jastrzębskim Stowarzyszeniu Osób Niepełnosprawnych poznał Andrzeja Burego, który akurat szukał ludzi do swojej załogi. Dotychczas miał jednego załoganta z Krakowa, a drugiego aż z Zakopanego. Odległości bardzo utrudniały wspólne wyjazdy.

- Ja nie mam pojęcia o żeglarstwie bronił się Rakowicz. - Nauczysz się. Ja też zacząłem żeglo-wać dopiero wtedy, kiedy jeździłem już na wózku - odparł Andrzej Bury.

W rzeczywistości patent żeglarza uzyskał jako uczeń szkoły górniczej. Później na 20 lat zapomniał o żeglarstwie. Również z powodu odległości. Jeśli ktoś, mieszkając na Śląsku, chce być żeglarzem, musi mieć albo dużo czasu, albo pieniędzy - z Jastrzębia na Mazury jest około 600 km. Na wszystkie regaty Andrzej Bury i jego załoga jeżdżą jednym samochodem, ciągnąc przyczepkę z wózkami.

W ciągu sezonu uczestniczą w 8-10 regatach krajowych i zagranicznych, przejeżdżają kilkanaście tysięcy kilometrów. Na paliwo wydają ponad 4 tyś. zł, a jeszcze dochodzą koszty noclegów, wyżywienia itp. Żeglarstwo to drogi sport.

W 1993 roku Andrzej Bury pracował w kopalni „Manifest Lipcowy". Miał 33 lata, żonę, dwoje małych dzieci i plany na przyszłość. Zawał nastąpił 21 stycznia na głębokości 750 m. Koledzy zdążyli uciec, nikt nie zginął. Andrzej został przygnieciony 1,5-tonowym kamiennym klocem, który zmiażdżył mu kręgosłup, miednicę i połamał wszystkie żebra z lewej strony. Koledzy gołymi rękami wyciągnęli go spod kamieni i zawieźli wagonikiem 4 km na punkt opatrunkowy. Andrzej pluł krwią, dusił się, ale nie stracił przytomności. Jeden z górników radził, aby zastosować sztuczne oddychanie. Nie mógł do tego dopuścić: przy połamanych żebrach spowodowałoby to jeszcze większy krwotok wewnętrzny. Rozmawiał więc z kole-gami, nawet dowcipkował, domagając się bez przerwy wody. Nie wiedział, że picie też może być śmiertelnie niebezpieczne.

Aby ratować tego młodego górnika, dr Jędrysik ze Szpitala Miejskiego nr 2 w Jastrzębiu-Zdroju zebrał 12-osobowe konsylium. Lekarze wykonali wspaniałą robotę. Oglądając zapakowanego w gips od stóp do głów Andrzeja Burego, mało kto wierzył, że po wyjściu ze szpitala będzie mógł poruszać choćby rękami. Dzieci - Basia i Andrzej - każdą wolną chwilę spędzały przy łóżku taty. Andrzej wiedział, że nie wolno mu się poddawać.

Kilka lat później spotkał kolegę na wózku, który uprawiał żeglarstwo.

„Jak to możliwe?", nie mógł uwierzyć. W 1997 roku wyjechał na pierwszy obóz żeglarski dla osób z niepełnosprawnością w Mierkach nad jeziorem Pluszne. Okazało się, że ma dryg do żeglarstwa. Startował w regatach, zdobywał puchary. W ciągu 10 lat startów z Eugeniuszem i Marianem pięć razy zdobyli tytuły mistrzów Polski i pięć razy wicemistrzów.

Na zdjęciu: Załoga Andrzeja Burego jest przygotowana na każdą ewentualność i walczy o każdy metr trasy. Fot. Marek Winiarczyk
Na zdjęciu: Załoga Andrzeja Burego jest przygotowana na każdą ewentualność i walczy o każdy metr trasy. Fot. Marek Winiarczyk

Drugie życie
Wszyscy trzej mogą mówić, że uciekli grabarzowi spod łopaty. To, że Marian przeżył swój wypadek, też graniczy z cudem. W sierpniu 1990 roku miał 26 lat, był żonaty i miał małego synka. Pracował w zakładzie kolejowym kopalni „Zofiówka" jako maszynista. Z kolegą tworzyli 2-osobową drużynę, która zestawiała wagony z węglem i odwoziła je na kopalnianą bocznicę. Na zmianę pełnili funkcję maszynisty i manewrowego, więc taki wypadek mógł przytrafić się koledze. Przypadek czy przeznaczenie?

- Przez parę lat aż głowa mi puchła od takich rozważań - opowiada Marian Zakowicz. - Stałem na stopniu wagonu, trzymając się grubego stalowego uchwytu. Po sąsiednim torze jechała z przeciwnej strony druga lokomotywa. Nagle zorientowałem się, że lecę w powietrzu, ściskając w ręku oderwany pręt. Wpadłem prosto pod lokomotywę. Najpierw obcięło mi jedną nogę, kilkadziesiąt metrów dalej - drugą. Byłem szczupły, więc jakimś cudem zmieściłem się w prześwicie pod lokomotywą, który ma tylko 30 cm wysokości. Przytomność odzyskałem dopiero po dwóch tygodniach. Wspaniały lekarz, dr Jagiełłowicz, uratował mi życie w tym samym szpitalu, w którym leczyli się Andrzej Bury i Eugeniusz Rakowicz.

Jego leczenie trwało aż osiem miesięcy. Przez kilka następnych lat koncentrował się na rodzinie. Każdy kolejny dzień odbierał jak wygraną na loterii. Urodziła się córka. Gdy zaczęła wyrastać z pieluch, miał niewiele ponad 30 lat. Rozpierała go energia, poszukiwał celu w życiu. I wtedy dowiedział się, że Andrzej Bury poszukuje członków załogi.

- Chociaż pływamy razem 10 lat, do dzisiaj nie wiem, czy to też przypadek, czy przeznaczenie? - zastanawia się.

Dokąd Dragonem?
W sobotni  wieczór  przestronny hangar almaturowskiej bazy roi się od uczestników Festiwalu Sportów Wodnych. 350 osób to sporo, ale dla wszystkich wystarczy miejsca przy długich stołach.

Wolontariusze wydają proste, smaczne jadło: duszone żeberka, bigos, wojskową grochówkę. Każdy może do woli posilić się razowym chlebem z domowym smalcem. Słychać szanty, góralskie przyśpiewki i dyskotekowe przeboje. Dziwaczny to repertuar, ale na parkiet wychodzą pierwsi tancerze. Wśród nich Marian Zakowicz, tańczący na wózku z taką energią, jakby dziś nie zaliczył kilku wyścigów.

Gdzieś z głębi sali patrzy na tańczących Angelika Adamczyk z Kutna, śliczna, 20-letnia blondynka, od urodzenia jeżdżąca na wózku. Dziś po raz pierwszy w życiu wypłynęła na środek jeziora i bardzo jej się to podobało.

Obok podryguje na wózku Czesław Czubiński, również z Kutna. 10 lat temu miał wypadek motocyklowy. Dzisiaj zobaczył, jak wspaniale potrafią żeglować ludzie w takiej sytuacji jak on.
- Kto wie - zastanawia się Czesiek - może ja też opłynę kiedyś cały świat?

Gdzieś w tłumie pojawia się Witold Raczyński z Warszawy. To wyjątkowo niespokojny duch: był paralotniarzem - spadł, złamał kręgosłup, ale żegluje.

Starszy pan o kuli, przyglądający się rozbawionemu tłumowi, to Zbysław Zieliński z Giżycka, prezes Polskiego Związku Żeglarzy Niepełnosprawnych. Tylko on wie, ile trudu wymagało założenie tej organizacji. Ile trwało przekonywanie urzędników, że otwiera przed osobami z niepełnosprawnością cały wodny świat, do którego nie mieli dostępu.

Prezes Zieliński rozmawia ze specjalistą - fizjoterapeutą, prof. dr. Mirosławem Janiszewskim z Łodzi. To on w 1975 roku zorganizował pierwszy w Polsce obóz żeglarski dla osób ze schorzeniami narządów ruchu. Jak do tego doszło?

- Sam uprawiałem żeglarstwo - opowiada prof. dr Janiszewski - i doszedłem do wniosku, że ta dyscyplina może być doskonałym elementem usprawnienia ruchowego osób z porażeniami rdzenia kręgowego. Ale w najśmielszych wyobrażeniach nie przewidywałem, że to rozwinie się do takich rozmiarów. Tylko tu, w Giżycku, w ciągu roku organizuje się kilkanaście imprez żeglarskich dla osób z niepełnosprawnością. Nawet w zimie mogą startować na przystosowanych dwuosobowych bojerach.

Niedaleko wejścia do hangaru stoi na stelażu wyczynowy jacht olimpijskiej klasy Dragon, przygotowywany do remontu. Niewidomy uczestnik Festiwalu wodzi palcami po szorstkich, mahoniowych klepkach kadłuba, jakby starał się wyczytać z nich burzliwą przeszłość łodzi. Pewnie on również marzy o dalekich, pełnomorskich rejsach...
Więcej informacji o żeglarstwie osób z niepełnosprawnością można znaleźć na stronach:
www.msz.org.pl
www.sail-almatur.pl
www.pzzn.of.pl

Dodaj komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin

Komentarze

brak komentarzy

Prawy panel

Sonda

Jak angażujesz się w wybory parlamentarne?

Biuletyn

Wspierają nas