Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

W sercu Afryki – wspomnienia z Kenii

24.06.2010
Autor: Lilla Latus. Fot. Marek Hamera

Kenia, położona we wschodniej części Afryki nad Oceanem Indyjskim, nieprzypadkowo zwana jest kolebką ludzkości. To właśnie na jej terenie, w okolicy jeziora Turkana, odkryto najstarsze szczątki człowieka, pochodzące sprzed około 2 mln lat. A więc tu był biblijny raj? W lutym tego roku postanowiliśmy z Markiem odkryć Czarny Ląd.

Karibu
Decydując się jeszcze we wrześniu 2009 r. na zimowe wakacje w tropikach, nie przypuszczaliśmy, że z takim utęsknieniem będziemy czekać na tę podróż. Wyjątkowo mroźna i śnieżna zima sprawiała, że ten wyjazd od początku był wyjątkowy. Wybraliśmy hotel, który nie podawał żadnej informacji o dostępności obiektu dla osób niepełnosprawnych. Poprosiliśmy, by fakt, że poruszam się na wózku, zgłoszono liniom lotniczym i by wzięto to pod uwagę przy przydzielaniu pokoju na miejscu.


Na zdjęciu: Lilla Latus w tuk-tuku. Fot. Marek Hamera

Na Okęciu odprawa przebiegła bardzo szybko, specjalny bus z podnośnikiem zwany Tereską odtransportował mnie do samolotu i z grupą spragnionych ciepła turystów rozpoczęliśmy dziesięciogodzinny lot do Afryki. Na pokładzie samolotu niestety nie było specjalnego wąskiego wózka, jakim zwykle osoby niepełnosprawne są transportowane na swoje miejsce lub do toalety w czasie lotu. Do toalety (bardzo małej) trzeba było mnie po prostu przenieść. Po kilku godzinach wylądowaliśmy w Mombasie. W „Hebanie” Ryszard Kapuściński tak opisuje swoje pierwsze wrażenie po wylądowaniu w Kenii: "Jakbym dostał w twarz wilgotną, gorącą ścierką". Dla mnie było to jednak wszechogarniające uczucie przyjaznego ciepła.

Wizę kenijską kupuje się na lotnisku, ale urzędnik najpierw nas miło przywitał, mówiąc „karibu” (przywitanie w języku suahili), po czym  zakwestionował nasze stare banknoty pięćdziesięciodolarowe. W Kenii oficjalnie uznawane są tylko dolary emitowane po 1990 r., ale w kantorach już nie było  problemu z ich wymianą. Przestawiliśmy zegarki dwie godziny do przodu i wsiedliśmy do autokaru, który zawiózł nas do hotelu Reef, położonego kilkanaście kilometrów od Mombasy.

Hakuna Matata
Wieczorna Mombasa odsłaniała po drodze swój afrykański urok. W Kenii obowiązuje ruch lewostronny. To jedna z pozostałości po kolonii angielskiej. Dopiero w 1963 r. kraj ten odzyskał niepodległość. Zobaczyliśmy mnóstwo straganów i prowizorycznych warsztatów, kobiety z koszami na głowach, ale i nowoczesne reklamy oraz supermarkety.

W hotelu najpierw moje przerażenie wzbudziły strome schody prowadzące do recepcji. Na szczęście okazało się, że nasz pokój jest położony w części, do której można dotrzeć bez pokonywania schodów, podobnie jak basen i stołówka. Pokój był duży i przestronny, łóżko z moskitierą. W łazience niestety wysoka wanna z prysznicem umocowanym pod sufitem. Mówi się trudno i „hakuna matata” czyli „nie ma problemu” - jak często powtarzają Kenijczycy.


Na zdjęciu: Masajka. Fot. Marek Hamera

W hotelu zwracają uwagę dorodne palmy kokosowe i tabliczki z informacją, by uważać na spadające orzechy kokosowe oraz by nie karmić małp. Te wesołe, wszędobylskie zwierzęta stanowią egzotyczną atrakcję tego miejsca. Są też wielkie mrówki, kolorowe jaszczurki, różne skorupiaki – w końcu jesteśmy w tropikach!
 
Przy hotelu znajduje się piękna plaża Nyali. Łagodna bryza od strony oceanu daje wytchnienie od upału. Temperatury w ciągu dnia dochodzą do ok. 34 stopni Celsjusza. Ciekawostką tego regionu są dobowe  przypływy i odpływy - rano plaża jest szersza niż po południu. A na plaży kwitnie handel i są usługi. Można tu kupić pamiątki, zarezerwować wycieczkę, poddać się masażowi.

Hotelowa kuchnia serwuje pyszne dania, mocną (i bardzo czarną) kawę i herbatę oraz owoce, których smak choć znany, to tu jest nieporównywalnie lepszy, doskonały. Mój apetyt przywołuje również wspomnienie pysznego dania o nazwie „mchicha". Jest to rodzaj szpinaku podawanego w sosie z mleka kokosowego.

Codziennie wieczorem odbywają  się różne występy. W środy przyjeżdżają Masajowie - wysocy, dumni, obwieszeni kolorowymi ozdobami, w czerwonych strojach. W czasie występu popisują się wysokimi podskokami, a tańcom tym towarzyszy rytmiczny śpiew. Pod koniec zapraszają turystów do wspólnej zabawy, a potem sprzedają wykonane przez siebie pamiątki. Zakup maski, tarczy z dzidą lub naszyjnika to forma zapłaty za występ, ale i możliwość porozmawiania i sfotografowania się z przystojnymi Masajami.


Na zdjęciu: Lilla Latus wśród Masajów. Fot. Marek Hamera

W Kenii można swobodnie porozumiewać się po angielsku. Samy, którego tam poznaliśmy, mieszka w wiosce niedaleko Mombasy, pomaga finansowo rodzinie i marzy o białej żonie. Na pytanie o to, co jedzą, odpowiada jednym tchem: „mięso, mleko, krew”.

Jambo Mombasa
Do Mombasy wybraliśmy się kilka razy. To niezwykłe, tętniące życiem miasto, które jest największym portem wschodniego wybrzeża Afryki. Leży na koralowej wyspie połączonej z lądem szeroką groblą i wita przyjeżdżających widokiem dwóch bram w kształcie wielkich, słoniowych kłów przy Moi Avenue. Po drodze zatrzymujemy się przy ogromnych baobabach. Według legendy Buszmenów, jest to drzewo, które rośnie korzeniami do góry za to, że rozzłościło Pana Boga. Na miejscowym bazarze kupiliśmy kandyzowany baobab.

Kenijczycy  przyjaźnie witają  turystów. Słowo ”Jambo”, czyli „cześć”, słyszeliśmy wszędzie, a i sami po kilku dniach tak się pozdrawialiśmy. W Mombasie większość ludności to muzułmanie. Jest też sporo Hindusów, którzy przybyli do Kenii na początku wieku, by budować kolej, a potem  zajęli się głównie handlem. Nie ma tu żadnych konfliktów na tle religijnym. Mohamed, u którego kupiliśmy mocno paloną kawę i herbatę Masajów (rodzaj imbirowego napoju) mówi, że przecież razem prowadzą interesy, więc muszą się dogadywać. Długie targowanie to okazja to rozmowy na wiele tematów.


Na zdjęciu: Rzeźbiący Masaj. Fot. Marek Hamera

W manufakturze Akamba przyglądaliśmy się, jak powstają wyroby miejscowego rękodzieła – maski, rzeźby, biżuteria. Przechadzając się między pracującymi, można popatrzeć, porozmawiać, zapamiętać numer stoiska i kupić w sklepie wyrób danej osoby.

Moją uwagę zwrócił mężczyzna rzeźbiący lwicę z lwiątkiem w pysku. Obok leżały kule i kilka hebanowych rzeźb przedstawiających tylko lwy. To jego specjalizacja – jak mi powiedział. Pracuje mimo wypadku, któremu uległ dwa lata temu. „Hakuna matata”. Dobrze, że ma pracę. Bezrobocie w Mombasie sięga 80 proc.

Obładowani pamiątkami ruszyliśmy dalej w kierunku Starego Miasta, przy którym znajduje się imponujący Fort Jesus - twierdza wybudowana w XVI w. przez Portugalczyków. Muzeum w twierdzy jest niewielkie, ale eksponaty pozwalają turystom wzbogacić swą wiedzę na temat historii tego regionu. Fort Jesus jest doskonałym przykładem meandrów historii; został wzniesiony raczej po to, by chronić handel żywym towarem, niż bronić miasto przed pirackimi napadami. Któregoś dnia wybraliśmy się do Mombasy tuk-tukiem (rodzaj motorikszy). Kierowca wyraźnie czuł się za nas odpowiedzialny, nie spuszczał nas z oka, był też naszym przewodnikiem i cierpliwie czekał przy każdym sklepie, do którego wchodziliśmy.


Na zdjęciu: Fort Jesus. Fot. Marek Hamera

W plątaninie uliczek i sklepików Starego Miasta można trafić na hinduskie świątynie  i meczety, przepięknie zdobione drzwi i wspaniale inkrustowane „maszrabije” (okiennice). Dużo tu biedy, niektóre zakątki to po prostu slumsy. Biały turysta witany jest z zaciekawieniem, ale i z nadzieją na jakiś zarobek.

Pole, pole
Punktem kulminacyjnym naszego pobytu w Kenii była dwudniowa wyprawa na safari do parku Tsavo East. Wycieczkę wykupiliśmy u Martina na plaży (ok. 40 proc. taniej niż u polskiej rezydentki). Specjalny safari-bus zabrał nas spod hotelu. W środku byli już inni amatorzy „game hunting”, czyli polowania na dziką zwierzynę (oczywiście chodzi o polowanie z aparatami i kamerami!) – turyści z Holandii, Węgier i Francji. Dwudniowy program obejmował cztery wyjazdy na sawannę. Przemierzaliśmy ją czerwonymi, piaszczystymi drogami. Busy mają podnoszone  dachy, by turyści mogli na stojąco obserwować i filmować. Nie wolno wychodzić z busa, nie można również hałasować ani prowokować zwierząt. To one są u siebie, a nie my. Wszystko musi się odbywać „pole, pole”, czyli spokojnie, bez pośpiechu. Słonie były pierwszymi zwierzętami, które pozwoliły się nam podziwiać. Są czerwone od „kąpieli” w czerwonym piasku sawanny, poruszają się stadami. Legenda głosi, że stare słonie przychodzą do wodopoju, a kiedy nie mają siły pić, wchodzą do wody i wciąga je muł. Dlatego cmentarzyska słoni są na dnie jezior. Dane nam również było zobaczyć gazele o przepięknych oczach, zwinne antylopy, dikdiki, guźce, zebry, żyrafy, strusie i różne gatunki ptaków.


Na zdjęciu: Słonie w Kenii. Fot. Marek Hamera

Zanim zapadł zmrok, udaliśmy się na nocleg do hotelu (na sawannie hotele zwane są „lodge”), który był położony przy wodopoju słoni. Byłam mile zaskoczona faktem, że czekał na mnie dobrze przystosowany pokój (pokój G16, Lodge Voi, gdyby ktoś pytał!). Wieczorem na dużym tarasie widokowym obserwowaliśmy słonie i dorodnego hipopotama, wsłuchiwaliśmy się w odgłosy sawanny. O wschodzie słońca znowu ruszyliśmy w drogę i już po chwili towarzyszyliśmy lwicy przy śniadaniu. Ze spokojem wgryzała się w krwiste szczątki antylopy. Sawanna zaskakuje różnorodnością krajobrazu, zmiennością barw. Natura w swojej pierwotnej krasie… Jakby Pan Bóg właśnie dla nas stwarzał świat.

Asante
Niedaleko hotelu znajdował się duży i dobrze zaopatrzony supermarket, do którego zaglądaliśmy niemal codziennie i to nie tylko po to, by zrobić zakupy, ale także, by po drodze obserwować codzienne życie Kenijczyków, rozmawiać z nimi i podziwiać ich pogodę ducha  oraz błyskotliwość, której dowodem były różne ogłoszenia lub graffiti. Szczególnie zachwyciła nas osobliwa myjnia samochodowa, na którą składał się kawałek karbowanej blachy w charakterze (jedynej!) ściany, wiaderko, ścierka i napis: „Obama Boyz –Yes, we can wash cars” (przypomnę, że „Yes, we can”  to  hasło wyborcze Baracka Obamy). Nie jedyny to przykład komercyjnego wykorzystania kenijskich korzeni obecnego prezydenta USA; wszędzie można kupić gadżety z wizerunkiem Baracka Obamy (w większości dość kiczowate). W Mombasie jest nawet ulica jego imienia.


Na zdjęciu: Myjnia samochodowa w Kenii. Fot. Marek Hamera

Po kilku dniach przyjaźnie witaliśmy się z Masajem sprzedającym pamiątki, z właścicielką stoiska z warzywami i owocami (nie omieszkałam poprosić o przepis na szpinak w mleku kokosowym), z dziećmi idącymi do pobliskiej szkoły („Jambo! Jambo!”).

Po koniec pobytu zdecydowałam się na masaż u sympatycznej dziewczyny na plaży. To, co z dumą nazywała „salonem”, było skromnym, ale przytulnym szałasem, w którym od razu rzucał się w oczy napis „God, bless the work of my hands” („Boże, błogosław pracę moich rąk”).

Z wdzięcznością,  ale i z żalem żegnaliśmy się z Kenią – z jej ciepłem, życzliwością, egzotyką. „Asante Kenya”, dziękuję, Kenio!

Komentarz

  • Prawie jakbym tam był
    Roman T
    02.07.2010, 20:26
    Lillo wcześniej widziałem zdjęcia, teraz czytam o tej wyprawie i gratuluję Ci tak wspaniałego wrażliwego reporterskiego wyczucia, a Markowi również oka

Dodaj odpowiedź na komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin
Prawy panel

Sonda

Czy wszystkie szkoły powinny być gotowe architektonicznie na przyjęcie uczniów z niepełnosprawnością?

Biuletyn

Wspierają nas