Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Polka w Indiach. Powołanie do pracy

03.01.2019
Autor: Ilona Berezowska, fot. jeevodaya.org/pl/galeria/zdjecia/helena-pyz
Źródło: Integracja 6/2018
W środku siedzi Helena Pyz - kobieta ok. 50 lat, ma okrągły kształt twarzy, okulary i zaczesane do tyłu włosy. Obok niej po prawej i lewej znajdują się dwie młode dziewczyny z Indii. Wszystkie kobiety są spokojne i uśmiechnięte

Na chorobę Heinego-Medina zachorowała w wieku 10 lat. Choroba zostawiła trwałe ślady, jednak nie stanęła na drodze realizacji celów. Zdeterminowała i utrudniła życiowe wybory, ale Helena Pyz nie boi się wyzwań. Od 1989 r. jest lekarzem i pełni kilka innych funkcji w Ośrodku dla trędowatych w Jeevodaya w Indiach. „Integracji” opowiedziała o swoich słabościach, życiu w Indiach i tym, do czego zobowiązują ją śluby.

 

Ilona Berezowska: Jaki był Pani dom rodzinny?

Helena Pyz: Dom tradycyjnie katolicki, który pielęgnował wartości chrześcijańskie i patriotyczne. Mogliśmy od rodziców zaczerpnąć to wszystko, co dziś jest mało cenione, a nawet nazbyt często wyśmiewane. Wiarę własną każdy z nas wykuwał na swój sposób i w stosownym czasie, ale przykład głęboko wierzących i zaangażowanych w życie Kościoła rodziców jest nie do przecenienia. Powojenny ustrój narzucony ze Wschodu był nieakceptowany, wychowywano nas w oporze do tych „czerwonych” wartości.

Czy łączyły Panią z rodziną ciepłe relacje? Jakie wydarzenia z okresu dzieciństwa wspomina Pani do dzisiaj?

Właśnie te relacje nie były takie ciepłe – w pokoleniu moich rodziców okazywanie uczuć nie było powszechne. Ale empatia, pomoc, solidarność wśród rodzeństwa dawały silne oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Mam mnóstwo wspomnień z dzieciństwa i coraz bardziej je doceniam. Tata umiał wysłuchać argumentów, nawet jeśli był przeciw, uczył z wielką cierpliwością różnych rzeczy praktycznych. Mama denerwowała się naszą nieobecnością, ale zawsze czekała, że ktoś wróci głodny; budziła nas „na życzenie” przed świtem, gdy trzeba było powtórzyć lekcje... No i jeździła ze mną do wszystkich lekarzy, na zabiegi rehabilitacyjne, zawsze była przy moim łóżku. Zapamiętałam też starsze rodzeństwo, które nie pozwalało mi na odwalanie prac domowych czy zwalnianie się z nich. Chyba wszyscy do dziś bardzo sobie to cenimy, choć nie jestem pewna, czy umieliśmy przekazać kolejnemu pokoleniu.

Dlaczego postanowiła Pani zostać lekarzem? Czy miały na to wpływ Pani liczne pobyty w szpitalu? Czy zaważyło na tym jakieś szczególne wydarzenie?

Tak, to kolejne pobyty w szpitalu od wczesnego dzieciństwa zdecydowały o moich zainteresowaniach. Jednak pierwszy zawód, który sobie „wybrałam” już jako nastolatka, to nauczycielka chemii. To był przedmiot, który stał się moją wielką miłością w VIII klasie podstawówki. Trwało to krócej, niż trwa myśl i nie przetrwało krótkiej refleksji: dzieci nie będą lubiły kalekiej nauczycielki, a ja będę się wstydziła wyjść do nich na lekcję. I wtedy pojawiła się myśl kolejna: kalekie dzieci zaakceptują taką lekarkę. Będę „bardziej ich” niż jakikolwiek pełnosprawny doktor. Poza tym ja doznałam nieprawdopodobnie dużo dobra, akceptacji, zachęt, mobilizacji od lekarzy i całego personelu medycznego. Nigdy później nie miałam wątpliwości, że to ma być moja przyszłość – i dość konsekwentnie do tego dążyłam.

Studia w Akademii Medycznej są wymagające nawet dla osoby pełnosprawnej. Pani pokonywała dodatkowe trudności. Czy miała Pani momenty zwątpienia?

Okres studiów to czas mojej dorosłości. Mam wrażenie, że byłam dojrzalsza od rówieśników, może przede wszystkim przez doświadczenie szpitali i sanatoriów, gdzie nie brakuje stawania w obliczu najrozmaitszych cierpień, a nawet śmierci. Nie pamiętam chwili, kiedy bym się zastanawiała, czy podołam – w sensie trudności fizycznych. Nie czułam się osobą niepełnosprawną albo raczej wiedziałam, co i ile mogę.

Helena Pyz uśmiecha się, osłuchując stetoskopem noworodka, którego trzyma w dłoni

Od dzieciństwa dużo ćwiczyłam i moja ogólna sprawność była też większa niż rówieśniczek, a ograniczenia umiałam zastępować innymi funkcjami. Jeśli mogłam się czegoś obawiać, to czy dam radę intelektualnie, ale wyniki w szkole miałam wystarczająco dobre, żeby i to nie stanowiło problemu. Mój tata twierdził, że może lepsza byłaby stomatologia ze względu na „siedzącą” pracę, ale to przecież nie do końca prawda. Ograniczone pole działania – tak, ale przecież wysiłek fizyczny w pracy stomatologa jest prawie taki jak przy stole operacyjnym. I na dodatek pacjent nie może się odezwać, a szum wiertarek – jak wbijanych prawie do mózgu – to koszmar. Ani mi się śniło. Chciałam być lekarzem, a o tym, czy studia są łatwe, czy trudne nawet nie myślałam.

Jak Pani wspomina pierwsze lata lekarskiej praktyki?

Moje wspomnienia to wejście w życie z impetem. Staż podyplomowy w przychodni rejonowej i praca z lekarkami ukierunkowały mnie na internę, na pracę z pacjentem w warunkach domowych jako nie tylko bardziej potrzebną, ale również interesującą, różnorodną. Dlatego zaraz po roku stażu rozpoczęłam specjalizację, choć jako najmłodsza w zespole przychodnianym nie mogłam liczyć na oddelegowanie częściowe na oddział, co było warunkiem specjalizowania się. Zaczęłam więc jako wolontariuszka i przez 3 lata pracowałam 3 godziny rano na oddziale, gdzie w ramach ZOZ-u trafiali pacjenci z mojej przychodni.

Później była praca w przychodni, wizyty domowe. Raz w tygodniu – we wtorki – i w jedną niedzielę lub wolną sobotę w miesiącu miałam dyżur całodobowy na oddziale. Było to dużo, ale już wtedy miałam samochód, a tak dokładnie – trabanta z przydziału dla niepełnosprawnych, kupionego na raty, i to bardzo mi ułatwiało życie. Pracowałam w odległej dzielnicy, codziennie dojeżdżałam ok. 20–22 km do pracy. Po złożeniu egzaminu specjalizacyjnego podejmowałam różne prace dodatkowe, m.in. żeby zarobić na ten samochód! Byłam m.in. lekarzem zakładowym w Browarze Warszawskim, później w szpitalu psychiatrycznym w Drewnicy, w drukarni w Ząbkach.

Od 1980 r. doszła jeszcze praca społeczna w Solidarności. Byłam mocno zaangażowana od początku powstania koła Związku w naszym ZOZ-ie, od grudnia pełniłam funkcję przewodniczącej koła liczącego wówczas ok. 3 tys. członków. To było bardzo angażujące, musiałam uczestniczyć w wielu spotkaniach w resorcie zdrowia i poza nim, w dzielnicy Wola, jak wiadomo – robotniczej. Dopiero w stanie wojennym (1983) przeniosłam się do przychodni w Ząbkach, dokąd dojeżdżałam tylko 6 km. To było decydujące, bo w którymś momencie zarabiałam niewiele ponad to, co zużywałam na samochód – ceny paliw rosły bowiem błyskawicznie.

Traktowała Pani swój zawód jak powołanie? Jak Panią wspominają pacjenci?

Nie mam pojęcia, jak wspominają mnie pacjenci, praktycznie nie mam z nimi kontaktu. A swoją pracę traktowałam poważnie. Nie byłam zbyt słodka, raczej wymagająca dla pacjentów. Nie tolerowałam niesubordynacji, musieli stosować moje zalecenia. Ale byłam chyba wystarczająco troskliwa, bo nie pamiętam żadnych skarg na mnie. Nawet nie spóźniałam się do pracy, co wówczas było rzadkością... Z kilkoma rodzinami miałam jakieś bliższe kontakty. Z jedną – tak mogę to nazwać – zaprzyjaźniłam się i do dziś trwa ta więź, choć oni nie mieszkają w Warszawie i ja też nie! Ich syn odwiedził mnie w Jeevodaya i spotykamy się, gdy jestem w Polsce. Ale to wyjątek. Przyjaźniłam się również z kolegami z pracy, nie tylko lekarzami.

Helena Pyz w skupieniu opatruje palca stopy kobiety z indii w średnim wieku, której noga jest podparta na specjalnym białym kiju

Myślę, że to wielkie słowo „powołanie” można i trzeba stosować praktycznie do każdej pracy. Jeśli najprostszą czynność wykonamy z zaangażowaniem, to daje to i korzyść, i radość. Matka Teresa z Kalkuty mawiała, że nie chodzi o wielkie czyny, tylko żeby każdy był wykonany z wielką miłością.

Gdy dowiedziała się Pani o kłopotach zdrowotnych założyciela Ośrodka dla trędowatych w Jeevodaya, decyzja zapadła bardzo szybko, ale na realizację trzeba było poczekać. Czy w czasie czekania na zaproszenie dopadało Panią zwątpienie?

Dowiedziałam się o istnieniu takiego miejsca, z dodatkową informacją, że założyciel jest terminalnie chory. Tak, decyzja zajęła mi chwilę, było natchnienie, ale też rezerwa: jeśli się przydam, to mogę pojechać. To nie było tak, że natychmiast chwyciłam bakcyla (trądu) i parłam do niego całą mocą, że zaczęłam o tym marzyć, niecierpliwić się, że to tak długo trwa. Wręcz przeciwnie: miałam tyle różnorodnych „zaangażowań”, że to wszystko działo się trochę obok mnie. Ksiądz odpowiedzialny za misje, który opowiadał o Jeevodaya, starał się dla mnie o zaproszenie, korespondował z ks. Adamem Wiśniewskim, a po jego śmierci – z następczynią, s. Barbarą. Nie wątpiłam w jedno: jeśli będę potrzebna, to wcześniej czy później wyjadę.

Czy otoczenie próbowało zniechęcić Panią do tej nietypowej decyzji?

Nie informowałam zbyt szeroko o moich planach. Wiedziała najbliższa rodzina. I tu zaskoczenie: nikt nie próbował wybijać mi tego z głowy. Cóż, od dość dawna byłam samodzielna, a od wczesnych lat decyzje podejmowałam niezależnie od rad, których mi ktokolwiek (proszony czy nieproszony) udzielał. Może tylko dodam, że rodzina zachowała się tak, jak naprawdę niewielu byłoby stać. Mama ciężko neurologicznie zachorowała (6 tygodni była w szpitalu i miała długą rehabilitację), kiedy już starania o paszport i wizę były w toku. A jestem jedynym lekarzem w rodzinie. Nigdy nawet słowem nie wspomniała, że pragnęłaby, abym została. W kilku ważnych momentach mojego życia mówiła: „Ty wiesz, co dla ciebie najlepsze”. Wtedy też tak było. Najstarszy brat powiedział: „Byłabyś niewierna sobie, gdybyś nie pojechała”.

Na miejscu zaskoczył Panią hałas, na pewno też kurz, pogoda, może kuchnia. Czy coś jeszcze szczególnie Panią zszokowało? Co okazało się największym wyzwaniem w prowadzeniu Ośrodka w indyjskich warunkach?

Delikatnie nazwane: kurz. Powszechnie panujący brud, fetor, jazgot nieustający, z którego nie umiałam wyodrębnić żadnych znanych dźwięków, gorąco nieznośnie, choć był to luty, jedzenie nie tylko inne, ale też ubogie i jednostajne. Ale przede wszystkim zaskoczyli mnie ludzie. Tak inni. Reakcje kompletnie mi nieznane, nawet gesty, które można było odwrotnie rozumieć, sposób rozumowania odmienny albo kompletna bezrefleksyjność. Długo to widziałam i pracowałam nad tym, bo oni nie przewidują niczego, konsekwencji, nie planują nawet jutra, o pojutrze nie wspominając. Długo się ich uczyłam, barierą dodatkową był język. Ciągle jeszcze zaskakują mnie sytuacje wynikające z tej odmienności.

Najbardziej zaskoczyło mnie, i jest do dziś trudnością, że nie można ludziom zaufać. To bywa bardzo bolesne. W moim pojęciu obdarzenie zaufaniem nobilituje człowieka, mobilizuje i obliguje do lojalności. Przykro mi wielokrotnie, jak nieznane są te pojęcia moim braciom i siostrom tutaj.

Helena Pyz razem z Hinduską siedzą przy stole. Kobieta pokazuje Helenie coś w zgięciu łokcia, Helena zagląda na wskazywane miejsce

Jak zaczęła się nauka hindi? Jakie pierwsze słowo Pani poznała?

Język jest bardzo ważny. Uczyłam się go od dzieci, one cierpliwie powtarzały frazy, zdania i słowa, czekając na odpowiedź. Najważniejsze były rozmowy z pacjentami, tłumacz był też bardzo cierpliwy. A gdy słyszy się te same słowa po wielokroć, w końcu zaczyna się porozumienie. I nadszedł czas, że mój tłumacz w przychodni zaczął „się ulatniać”, bo widział, że już rozumiem. Szlifowanie języka, prostego hindi z naleciałościami dialektu chhattisgarhi trwało długo, i do dziś wielokrotnie potrzebuję korekty.

Pierwsze słowo, którego się nauczyłam, to „dziękuję”. Tu bardzo rzadko stosowane. A drugie, którego nie znoszę, to „jutro”. Stale słyszałam je w urzędach. Pisania i czytania zaczęłam się uczyć z samouczka, który dostałam na miejscu. Ludzie tu lubią słyszeć białych mówiących ich językiem. Często mnie chwalono, ale to raczej w miejscach, gdzie hindi nie jest językiem urzędowym, w innych stanach. Zawsze dla miejscowych jest to zaskoczenie, miłe, gdy odzywam się w sposób dla nich zrozumiały.

Co z Indii przeniosłaby Pani do Polski?

Szacunek dla starszych, umiejętność rezygnowania z rzeczy niekoniecznych, solidarność rodzinną i sąsiedzką – ale nie są to cechy powszechne. To najlepsze, wypracowane cechy różnych znanych mi Indusów, ale przecież obecne i w naszym kraju. Może po prostu trzeba by brać wszystko, co najlepsze, od każdego spotkanego człowieka?

W wywiadach mówiła Pani o sobie „świecka misjonarka”. Co to znaczy? Czy ta świeckość pozwoliła Pani ułożyć sobie życie prywatne?

Nie mówiłam o sobie (chyba nigdy) „świecka misjonarka”, taki tytuł nadają mi różne gremia, bo sobie jakoś usiłują taką pracę zaszeregować. Misja, w pojęciu najogólniejszym, to po prostu posłanie z określonym zadaniem, prawda? Czym innym są misje Kościoła katolickiego, których zadaniem jest głoszenie Słowa Bożego, a czymś innym misja architekta czy stolarza, lekarza, policjanta, żołnierza itp. Niewątpliwie jestem osobą świecką, ale nie jestem „wolna”, może tylko w sensie stanu cywilnego. Jestem członkinią Instytutu Świeckich Konsekrowanych. Poza misją leczenia ludzi mam zasadniczą misję: kochania ich. Zakon niekoniecznie musiałby ograniczać moją pracę na rzecz pacjentów, ks. Adam Wiśniewski był przecież lekarzem. Moje życie prywatne właśnie tak sobie ułożyłam: zrezygnowałam z własnej rodziny na rzecz wszystkich, którzy mnie mogą potrzebować. Zdecydowałam o tym już na studiach. Po IV roku rozpoczęłam moją drogę ku konsekracji, jestem na mocy ślubów zobowiązana do życia bezżennego, ale w świecie. A miejsce na życie prywatne i miłość do ludzi można znaleźć w każdym stanie. Osobiście czuję, że wybór tej drogi był trafny, dzięki temu mogę czuć się rzeczywiście wolna w pełnieniu swojej służby ludziom.

Helena Pyz uśmiecha się do małego dziecka, które siedzi jej na kolanach.

Patrząc wstecz na swoje życie, czy jest coś, co by Pani zrobiła inaczej? Czy czegoś Pani żałuje?

Nie – jeśli pyta pani o moje wybory. Oczywiście wolałabym nie popełnić wielu pomyłek, które jednak wynikały z niewiedzy czy braku umiejętności na danym etapie, słabości charakteru itp., a nie ze złej woli. Wolałabym na przykład nigdy nie palić papierosów, miałam taki okres w życiu, ale udało mi się z tego wyjść. Nie miało to większych reperkusji, podaję jako przykład. Pewnie żałuję, że nieraz źle traktowałam, słownie, moich bliskich, złościłam się, ale to przecież normalne błędy każdego z nas.

Z wiekiem zapewne skutki choroby z dzieciństwa przypominają o sobie bardziej. Czy planuje Pani odpoczynek, czy raczej będzie Pani służyła podopiecznym tak długo, jak zdrowie pozwoli?

To drugie. Jestem już emerytką od 10 lat, ale sił mi starcza, a tu jestem ciągle potrzebna, przynajmniej tak mi się wydaje. Nie tylko skutki polio mi dokuczają, z wiekiem przecież dotykają nas i inne choroby. Nie ma co planować czegoś, co jest mało realne. Gdybym zdecydowała się wyjechać, to siedząc w Polsce przy suto zastawionym stole na wygodnej kanapie, myślałabym bezustannie o tym, co się tu dzieje, co jest, a czego brakuje itp. Oczywiście, że gdybym miała być tu ciężarem dla moich dzieci, to wybrałabym powrót do ojczyzny.

Nie marzy Pani o niczym dla siebie, a jak w Pani marzeniach wygląda przyszłość Ośrodka?

Oczywiście, że nie martwię się o moją przyszłość – ona nie zależy ode mnie. Pewnie każdy z nas marzy po prostu o idealnym świecie, ale to będzie kiedyś. Niejeden nam to obiecywał, wiemy, jak to wygląda w realiach. Nie mam wizji Ośrodka po latach, on po prostu nie musiałby istnieć, gdyby wszyscy trędowaci, głodni, ubodzy itp. znaleźli w tym świecie wystarczające warunki do normalnego, nawet ubogiego, życia. Nie wiem, jak długo będą pokutować w tym społeczeństwie mity dotyczące trądu. W naszej najbliższej okolicy, w naszym sąsiedztwie, już wiele się zmieniło, to główne źródło moich radości. Chciałabym, jak każda matka, a mam przecież wiele „dzieci”, żeby wszystkie były szczęśliwe i uszczęśliwiały innych.

Myśli Pani o powrocie do Polski po spełnieniu swoich zadań w Indiach? Czy teraz to już Indie są Pani domem?

Czy ja mam tu jakieś zadania, które mogę nazwać skończonymi? One przecież stają przede mną każdego dnia. Tak, tu jest mój dom, ale nie dlatego tu siedzę, bo w Polsce, w Warszawie, też mam dom. Myślę, że jednak cały czas robię to, co jest mi „zadane”, według znanego określenia św. Jana Pawła II. Może uda mi się to wypełnić do końca?


„Ocalić od zapomnienia”

okładka Lista Mocy. 100 sylwetek wybitnych Polek i Polaków z niepełnosprawnością w latach 1918-2018To tylko jedna ze 100 sylwetek wybitnych Polek i Polaków z niepełnosprawnością w latach 1918-2018, zebranych w wyjątkową publikację, kolejną z serii „Lista Mocy”. Książka miała swoją premierę 3 grudnia br. w Zamku Królewskim w Warszawie, podczas gali 16. Konkursu „Człowiek bez barier”, organizowanej z okazji Międzynarodowego Dnia Osób Niepełnosprawnych.

Integracja prezentuje tym razem bohaterów z przeszłości i ich małych ojczyzn, na rzecz których aktywnie działali. Wszyscy oni rozumieli, że Polska zaczyna się tam, gdzie żyją i dzielą się swoimi talentami, zawodowymi umiejętnościami, zaangażowaniem i odpowiedzialnością za dobro wspólne.


okładka 6 numeru magazynu Integracja z Ewą Pawłowską prezes IntegracjiArtykuł pochodzi z nr 6/2018 magazynu Integracja.

Zobacz, jak możesz otrzymać magazyn Integracja.

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach (w dostępnych PDF-ach).

Komentarz

  • CZŁOWIEK wart tego tytułu
    też hajniaczka
    04.01.2019, 15:05
    z wielką ciekawością przeczytałam ten art. Pelna podziwu i szacunku dla Pani doktor serdecznie Ją pozdrawiam i życzę dużo sił w dalszych wspaniałych realizacji tak szlachetnych przedsięwzięć.

Dodaj odpowiedź na komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin
Prawy panel

Wspierają nas