Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Samo życie. Zaradny czy farciarz?

25.03.2019
Autor: Julita Kuczkowska, fot. archiwum bohaterów, pixabay.com
Źródło: Integracja 1/2019
aktywny symbol osób z niepełnosprawnościami - przechylony do przodu człowiek na wózku

To pewne i niezaprzeczalne, że od zawsze człowiek musi sobie radzić. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Trudno powiedzieć, dlaczego tak jest i czym jest zaradność. Cechą charakteru? Zdolnością, którą mamy albo nie? A może umiejętnością, którą da się wypracować?

Iwona Taranowicz w tekście Radzenie sobie z chorobą w oglądzie socjologicznym (w publikacji Zaradność społeczna. Współczesne przejawy i ograniczenia, Wyd. Naukowe UAM, Poznań 2016) zwróciła uwagę, że sytuacja choroby czy niepełnosprawności jest koniecznością wyzwalającą specyficzną zaradność jednostkową. Wywołuje bowiem konieczność podjęcia działań w celu poradzenia sobie z licznymi przeciwnościami, ograniczeniami i barierami, skupiając się na odzyskaniu kontroli nad swoim życiem.

- Człowiek zaradny to ten, który potrafi sobie w jakiś sposób poradzić. Lepszy czy gorszy, ale potrafi znaleźć rozwiązanie danego problemu. Na przykład, gdy boli go ząb, to znajdzie stomatologa, a nie narzeka na ból – mówi Adrian Peliszko z Łodzi.

Uważa, że niepełnosprawność wpływa na zaradność i to, niestety, niekorzystnie, szczególnie kiedy osoby niepełnosprawne nie są uczone od dzieciństwa, żeby były zaradne. Często rodzice robią wiele rzeczy za nie, a później nie wymagają pewnych zachowań, żeby dziecko, wchodząc w dorosłość, było samodzielne.

Adrian nie widzi od urodzenia. 

- Uważam, że jeżeli pewnych nawyków w sobie nie wyrobisz, to nie będziesz w stanie funkcjonować w społeczeństwie, będziesz osobą notorycznie sfrustrowaną – stwierdza Adrian.

Według niego trzeba mieć odpowiedzialność w sobie, ponosić konsekwencje swoich decyzji, próbować przewidzieć skutki zdarzeń. 

- Nie chodzi tylko o fakt, że nie mieszkam z rodzicami. Muszę rano wstać, ubrać się, pójść po zakupy, dbać o posiłki, a przechodząc przez ulicę, uważać, żeby nic mi się nie stało – wylicza Adrian.

Najprostsze egzystencjalne czynności, które dla człowieka pełnosprawnego są niezauważalne, dla osoby z niepełnosprawnością mogą być dużym wyzwaniem.

- Jasne, że potrzebuję wsparcia drugiej osoby. Powiedzmy, że znam miasto, ale też nie na tyle, żeby wszędzie dotrzeć samemu – przyznaje.

Według Adriana to, że potrafimy poprosić o pomoc, działać z drugim człowiekiem, to też jest forma samodzielności. Poprosić o pomoc nie pozwalają też zahamowania i kompleksy.

- Nie należy dążyć do samodzielności po trupach do celu – mówi. – Dla mnie to jest na przykład pomoc w znalezieniu drzwi nieznanego budynku, a dla osoby na wózku dojście do podjazdu, windy lub prośba o pomoc przy pokonaniu schodka.

Adrian Peliszko
Adrian Peliszko, fot. archiwum prywatne

Rozlana kawa i pierwsza praca

- Osobą niepełnosprawną stałam się nie tak dawno, bo niespełna trzy lata temu – mówi Anna Hetman z Wrocławia. – Było to jak wybuch bomby - wypadek zrównał z ziemią moje dotychczasowe życie. Byłam świeżo po studiach i chciałam wyprowadzić się od rodziców, a nagle trafiłam na wózek. Kilka miesięcy leżałam w łóżku, mój pokój został przeniesiony do salonu, bo w naszym piętrowym domu salon jest na parterze – wspomina Ania.

Jej mama poszła na zwolnienie, żeby opiekować się córką. 

- Wiadomo, że na początku nie byłam w stanie zrobić zupełnie nic i pomoc mamy była konieczna – przyznaje.

Pomagał też tata i starsza siostra. Według Anny jednak największe wsparcie okazał rehabilitant, który pracował z nią nad odzyskaniem choćby odrobiny sprawności. 

- W dużej mierze każdy krok naprzód, na przykład to, że zaczęłam sama przesiadać się na wózek, dawało mi nadzieję, że jakoś to będzie. – mówi.

I po jakimś czasie strasznie zaczęło jej przeszkadzać to, że bliscy chcą ją we wszystkim wyręczać.

- Punktem kulminacyjnym była wizyta babci. Chciałam zrobić jej kawę. Przygotowałam kubki, zalałam wrzątkiem. Od blatu do stołu dzieliły mnie trzy kroki, a raczej jedno pchnięcie ciągów wózka – śmieje się Anna. – Babcia nagle zerwała się z krzesła i chciała mnie wyręczyć w przenoszeniu kubka, a mnie to tak bardzo zestresowało, że wylałam gorącą kawę na siebie i podłogę.

Anna była wściekła, bo stało się to nie przez niepełnosprawność, ale napiętą sytuację. Nie chodziło tylko o rozlany napój, ale przede wszystkim o to, jak postrzegana jest przez innych. Wtedy zrozumiała też, że musi coś zmienić. Nie chciała, żeby inni, a szczególnie bliskie osoby, traktowali ją jak kogoś, komu trzeba wiecznie pomagać.

- Skończyłam grafikę komputerową, na ostatnim roku robiłam już projekty za pieniądze – wyznaje.

Z perspektywy czasu uważa, że miała dużo szczęścia, bo praca, do jakiej przygotowały ją studia, jest możliwa z domu. Napisała więc do kilku znajomych, że chętnie zaprojektuje jakieś materiały do druku i tak złapała pierwsze zlecenie jako osoba na wózku. 

- Dlaczego do znajomych? Sama nie wiem. Myślę, że jeśli czegoś potrzebujemy, to nie ma co daleko szukać. I u mnie tak było. Akurat kumpel z podstawówki rozkręcał myjnię samochodową, potrzebował ulotek i wizytówek.

Według Anny to nie jest tylko problem osób z niepełnosprawnością – wszyscy obawiamy się mówić o swoich potrzebach, prosić o pomoc.

Rozlewana kawa na stole
fot. pixabay.com

Adrian Peliszko dodaje, że znalezienie pracy przez osobę niewidomą jest problemem.

- Szukałem trzy lata, bo nie mogłem znaleźć dla siebie oferty. Jestem absolwentem prawa i obecnie pracuję w biurze rachunkowym. Ale myślałem, by rzucić to wszystko, choć z drugiej strony muszę pracować i opłacać mieszkanie – zaznacza.

I to go nauczyło, że wytrwałość się opłaca. W czasie szukania pracy zamieszkał u rodziców. 

- Wiedziałem jednak, że nie mogę tam być na zawsze – tłumaczy.

W pewnym momencie życia zdał sobie sprawę, że fajnie mieszka się z rodzicami, ale fajniej byłoby być na swoim.

- Dało mi to jeszcze większą niezależność, pewność siebie, poczucie, że mogę funkcjonować sam.

Z kolei Rafał*, mieszkaniec Zamościa, od dziecka porusza się na wózku na skutek SMA. 

- Można pracować, będąc w domu - ja zawsze pracowałem zdalnie przez internet. To też jest jakiegoś rodzaju zaradność – mówi Rafał.

Choć przyznaje, że czasami myśli o tym, iż praca z ludźmi pozwala na nowe znajomości, możliwość awansu, zmianę zadań lub stanowiska na inne.

- Pracując w domu, trochę cię to omija. Ale masz już swoją pracę, pieniądze, więc jesteś bardziej niezależny – dodaje.

Według niego, wszystko zależy od środowiska, w jakim żyjemy, i od doświadczeń.

- Kończyłem liceum w Konstancinie kilkanaście lat temu. Mieszkałem tam w internacie i musiałem sobie radzić. Nauczyłem się gotować, robić pranie, ścielić łóżko. Gdy nie dawało się rady samemu, to koledzy czy pani, która tam sprzątała, pomagali. Wspominam to jako szkołę życia i zaradności – dodaje Rafał.

Kariera to nie wszystko…

- ...bo możesz sobie pracować, a i tak mama przynosi pod nos kawkę, kanapkę czy obiad – stwierdza Ania Hetman.

Przyznaje, że choć w większości stara się być w domu samodzielna i samoobsługowa, to zdarzają się chwile „słabości”. 

- Niedawno czytałam książkę na łóżku, mama krzątała się w kuchni, więc poprosiłam ją o herbatę – podaje przykład.

Olśnienie nastąpiło, kiedy rodzice wyjechali na weekend, a ona została w domu sama. Położyła się już spać, ale przypomniała sobie, że nie wpuściła do domu psa, który właśnie zaczął dobijać się do drzwi wejściowych.

budynek cały w bluszczu
Zgadnij, gdzie to jest? Rodzinne miasto Anny, fot. archiwum prywatne

- Normalnie zadzwoniłabym do mamy albo taty, żeby zeszli i wpuścili Pikę. Ale, niestety, mimo że już prawie spałam, musiałam się zebrać, przesiąść na wózek i wpuścić psinkę – mówi. – Może to głupie, ale ta sytuacja uświadomiła mi, że odwrotu nie ma. Chodzi mi o to, że jeżeli chcesz być samodzielny, niezależny, to musisz mieć w sobie odpowiedzialność za te decyzje i ogarnianie swojego życia. I to są sprawy od takich prostych jak wypuszczenie psa na podwórko i posprzątanie po nim kupy, po zdobycie środków na opłacanie rachunków czy załatwienie sprawy na poczcie – zauważa. – Mając niepełnosprawność wszystko jest trudniejsze, nie ma co mówić, że nie. Mam więcej ograniczeń niż przed wypadkiem. Kiedyś śmiało szłam przed siebie, a teraz muszę patrzeć kilka kroków w przód. Bo nagle okazuje się, że na chodniku jest wysoki krawężnik i muszę zawracać. I nie tylko o taki dosłowny krawężnik mi chodzi, ale też o to, że ciągle gdzieś są jakieś bariery, o których, będąc sprawną, nie miałam pojęcia. Żeby wyjść z domu, ktoś zawsze musi mi pomóc, bo mamy trzy schodki. Ostatnio jednak po tych schodkach sprowadziła mnie mama, żebym mogła pojechać i złożyć wniosek o dofinansowanie do podjazdu. Moi rodzice się cieszą, bo będę sama wychodzić z domu, a ja się cieszę z nimi i także z tego, że nie będą musieli mnie dźwigać. Trudno mi się pogodzić z tym, że nigdy nie będę sprawna, ale trzymanie się tych myśli nie pomoże. Czasem kubeł zimnej wody jest potrzebny, żeby ocenić swoją sytuację i pomyśleć, co można zmienić. Dzisiaj jestem zależna, ale jutro wybudują mi podjazd i zrobię kolejny krok do samodzielności – podkreśla. – Jakiś czas temu mama powiedziała, że jest bardzo dumna z tego, jak sobie radzę. Popłakałyśmy się obie, bo ja tak nie myślałam, uważałam wręcz odwrotnie, że nie radzę sobie z niczym – wyznaje Anna.

Teraz, gdy o tym opowiada, uświadamia sobie, że po wypadku mogłaby nic nie robić. Rodzice nie mieliby jej tego za złe, pomagaliby tyle, ile byłoby potrzeba.

Potrzebna pomoc

- Nie uważam się za osobę superzaradną, często potrzebuję czyjegoś wsparcia, częściej niż kiedyś proszę o pomoc moich znajomych – wyznaje Rafał. – Niestety, nie zawsze to wsparcie udaje się dostać, bo czasem jest tak, że komuś nie pasuje termin albo ma inne plany.  Ale – jak zauważa – prośby o pomoc to też pewnego rodzaju radzenie sobie. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz i albo zrobisz coś z pomocą drugiej osoby, albo nie zrobisz wcale. To kwestia własnej decyzj – dodaje.

Rafał wspomina też, że czasami trzeba współdzielić z kimś swoje decyzje. 

- Na przykład, gdybym chciał w tym momencie gdzieś się wybrać, to nie mogę wstać i wyjść. Muszę znaleźć kogoś, kto mi w tym pomoże – wyznaje.

Podobnej natury problem, z jakim się boryka, to różnego rodzaju wyjazdy. Rafał organizuje sobie wycieczki za granicę czy turnusy rehabilitacyjne, załatwia wszelkie formalności, ale ma problem ze znalezieniem kogoś, kto z nim pojedzie i będzie pomagał. 

- Na przykład do sanatorium muszę znaleźć kogoś, kto dopiero za 12 czy 18 miesięcy pojedzie ze mną i będzie mi pomagał. A ludzie zazwyczaj nie robią tak odległych planów – podkreśla.

Według niego zaradność życiowa a zaradność fizyczna to dwie różne rzeczy. Zaznacza, że wszystko zależy od osoby – od tego, jaką ma niepełnosprawność. Jesteśmy samodzielni, gdy sami wykonujemy wiele czynności. Przygotowanie obiadu może być problemem, bo ktoś nie podniesie garnka z zupą. Gdy jednak znajdzie się człowiek, który pomoże garnek unieść, to reszta obiadu „zrobi się sama”. 

Plaża w Dubaju
Rafał zorganizował wycieczkę do Dubaju i pojechał tam ze znajomym, który mu pomagał, fot. archowum prywatne

- Czasami bliscy wyręczają nas, bo będzie szybciej, lepiej, bo zbytnio się męczymy przy jakiejś czynności. Ale gdy czuję, że jestem w stanie zrobić coś sam, to robię to sam. Choćby codzienne czynności higieniczne – podsumowuje Rafał.

Bohater i kombinator

- Ja się nie zgadzam z tym, że niepełnosprawny to komandos, którego trzeba podziwiać – mówi Rafał. – Jeśli ktoś ma warunki, to może przez pryzmat swojej niepełnosprawności robić rzeczy niezwykłe – dodaje, ale zastrzega, że pewnych rzeczy się nie przeskoczy, zawsze będą ograniczenia.

Ania, choć od niedawna używa wózka, już kilka razy spotkała się z podziwem, „jak wspaniale sobie radzi, mimo że jeździ na wózku”. 

- Nie lubię takiego podejścia. Wolałabym być oceniania przez to, jak ogólnie sobie radzę, a nie że sobie radzę pomimo niepełnosprawności. Takie teksty sprawiają, że czasem się zastanawiam, czy gdybym nie jeździła na wózku, to ludziom też by się tak bardzo podobały moje grafiki – dodaje.

Bywają też sytuacje odwrotne. 

- Z drugiej strony jest obawa przed roszczeniowością, czasem nie wiesz, jak się zachować, żeby za bardzo nie wykorzystywać swojej niepełnosprawności – mówi Adrian.

Dodaje, że chodzi mu o programy wsparcia, z których można skorzystać. 

- Nie przeskoczymy bowiem tego, że mamy jakieś ograniczenia, a to wsparcie ma je poniekąd niwelować. Nie powinniśmy jednak przesadzać. Bo czym innym jest to, że robisz drugie czy trzecie studia i do tego jeszcze pracujesz, a czym innym bycie wiecznym studentem czy beneficjentem jakiegoś programu wsparcia. I jeszcze kolejnego. Trzeba umieć wszystko wyważyć – stwierdza Adrian.

Kim jest zaradny niepełnosprawny?

Oczywiście, kimś, kto umie sobie radzić. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. Dla jednych owa zaradność będzie zdobyciem fortuny, co pozwoli na dostatnie życie, podróże i opłacenie prywatnej opieki, a dla innych to samowystarczalność. Jak głęboko chcemy ją analizować? Czy chodzi o zrobienie sobie obiadu, czy samodzielne wyhodowanie składników tego obiadu? Czy radzenie sobie obejmuje także trudną umiejętność szukania pomocy i wsparcia u innych osób. I umiejętność skorzystanie z tego? Niech każdy odpowie sobie sam.

*nazwisko bohatera na jego prośbę nie zostało podane


Okładka magazynu Integracja. Na zdjęciu tył karetki pogotowia, na dole napis: godni@niepelnosprawni.plArtykuł pochodzi z pierwszego w 2019 r. numeru magazynu „Integracja”.

Zobacz, jak możesz otrzymać magazyn Integracja.

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach (w dostępnych PDF-ach).

Przeczytaj cały numer 1/2019 magazynu „Integracja” (dostępny plik PDF, 3,35 MB).

Dodaj komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin

Komentarze

  • 44 lat pracy -po amputacji nogi w wrogim otoczeniu państwa i prawa Polskiego
    Antek
    26.03.2019, 13:51
    MOJA AKTYWNOŚĆ ZAWODOWA JEST BLISKA ZAKOŃCZENIA / WIEK /.Przez te wszystkie lata pracy /44 lata / doznałem w Polsce wielu poniżeń i upokorzeń.W wieku 27 lat miałem wypadek- amputacja nogi ....Nie poddałem sie,zaczełem sie dokształcać i pracować.Życie rencisty za 640 zł / 3 dzieci na utrzymaniu / było niemożliwe.Po dokształceniu sie w konkursie- uzyskałem dobrą prace. I co?Ustawa o rentach i emeryturach / par 104-98 / wylansowana przez p.Bańkowską mówi- jeżeli Niepełnosprawny przkroczy 70% najniższego uposażenia to w NAGRODE za AKTYWNOŚĆ zawodową ZUS-Stalinowski zabiera Nam 50% RENTY.a jeżeli nieliczni / za to najlepiej wykształceni / zarobią ponad 130% to w nagrode za aktywność zawodową ,wspaniałomyślny ZUS- ciemieżyciel zabiera CAŁA RENTE..Za co lubić polityków- za w/w prześladowanie Nas ?.Jak długo jeszcze POLITYCY wszelkiej maści będą Nas dyskryminować ?.Pani Rafalska-- dlaczego dla wszystkich masz SERCE a nie masz go dla Amputantów nóg i rąk ?
    odpowiedz na komentarz
Prawy panel

Wspierają nas