Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Czy Kościół jest dla nich?

24.01.2020
Autor: Aneta Wawrzyńczak, fot. Piotr Guzik
dwóch młodych mężczyzn z niepełnosprawnością intelektualną

Duży i Mały Wojtek słabo się porozumiewają, rozmawiają po swojemu. „Czasem, gdy trudno jest mi być mamą moich Wojtków, pytam Boga, gdzie On jest. A oni znają odpowiedź - jest na krzyżu” – opowiada Anna.

Dla Dużego ważna jest modlitwa, krzyż i gest przeproszenia. Ma różne problemy sensoryczne i nieraz wydarzy się coś, po czym czuje się winny. Wtedy ściąga swój krzyż ze ściany, przynosi Annie.

- Jeżeli osoba niepełnosprawna intelektualnie żyje w środowisku, które opiera się na wierze, to i w niej ta wiara się pojawia – mówi Anna.

Od czego by zacząć? Może od stołu, stół jest przecież najważniejszy. To wokół niego zazwyczaj kręci się całe życie rodzinne, a także w kościele stanowi centralną część ołtarza (nie licząc tabernakulum i krzyża, naturalnie).

A zatem stół, wszystko równiutko poukładane, można by odmierzać linijką. Kryształowy półmisek, na oko ciężki. Z rodzaju tych, które trzyma się w kredensie dla ozdoby i wyciąga tylko na specjalne okazje. Na dnie odrobina wody święconej. Na półmisku małe kropidło, ułożone tak, by nie zmąciło wody. Jakby czekało.

Po prawej i lewej symetrycznie ustawione plastikowe świeczniki. Nowoczesne, na baterie. Cyk w pstryczek jeden, drugi i już, świecą. Nie trzeba zapałek, nie ma ryzyka, że podpali się koronkowy obrus i złożone równo na pół biało-czerwone wstęgi (również rozlokowane symetrycznie). Obok mały krzyż, metalowy, taki wystawia się na chwilę, gdy ksiądz przychodzi z kolędą. Po sąsiedzku kolekcja dzwonków: kryształowy, porcelanowy, mosiężny, drewniany, łącznie sztuk sześć. Obok jeszcze bezprzewodowy mikrofon i otwarte kieszonkowe wydanie Pisma Świętego.

Poza stołem są też niezliczone dewocjonalia, w przeważającej większości pod postacią świętych obrazów i krzyży zdobycznych, przywiezionych z wycieczek, na przykład z Gór Świętokrzyskich, Oliwy, Ukrainy.

- To tak dla mnie specjalnie zaaranżowane? – pytam.

- A skąd. Tak to wygląda na co dzień – mówi Bożena Krakówka.

W domu wypełnionym dewocjonaliami w podwarszawskim Piastowie zamieszkuje ze swoją matką, mężem Grzegorzem i 20-letnim synem Wojtkiem (córka Weronika wyszła za mąż, poszła na swoje).

Niespiesznie z Bożeną i Grzegorzem zasiadamy przy stole, Wojtek pojawia się i znika. Przynosi miseczkę truskawek, czule przytrzymuje moją rękę, gdy w podzięce głaszczę go po ramieniu, kieruje ją na swoje serce. Za chwilę jednak denerwuje się na matkę, ewidentnie coś mu nie pasuje.

- Mówię o tobie... Nie chciałbyś? – dopytuje Bożena.

Wojtek wskazuje gniewnie palcem to na mamę, to na mnie, tak kilka razy. W końcu, niezrozumiany, wychodzi. Wraca za kilka minut z małym talerzykiem z ciastem i pralinką opakowaną w zdobny celofan. No tak, gość w dom, Bóg w dom.

Broń Boże coś ruszyć

Bożena otwiera kredens, wyciąga kolejne drewniane krzyże. 

- Każdy jeden miał przez lata na dłoniach i stopach naklejone przez Wojtka plastry, wyobraża to sobie pani? W kościele bał się dotknąć krzyża, jakby mu to sprawiało realny ból. Dopiero jak zaczął dostrzegać go na budynku kościoła, przestał przyklejać te plastry – opowiada.

Sama z zawodu jest pielęgniarką i rozumuje tak: skoro Wojtek doskonale na własnej skórze przećwiczył, czym jest ból, skoro sam widział od małego plastry na swoim ciele, wkłuwane wenflony, to mu się widocznie tak kojarzy.

- Stąd te plastry były głównie na dłoniach, przekłutego boku Jezusa nigdy nie opatrywał. Do dziś, jak dotyka ręką krzyża, mam wrażenie, że robi to tak delikatnie, żeby nie sprawić bólu – dodaje.

Wojtek urodził się w 1999 r. Od razu było wiadomo, że ma zespół Downa, chwilę później – że ominęły go typowe dla trisomii 21 wady serca, miał natomiast poważne problemy z jelitami, założony cewnik, operacja za operacją, kryzys za kryzysem, powikłanie goniło powikłanie. Wojtek przeżył trzy śmierci kliniczne, dwa lata spędził na OIOM-ie, w tym 97 dni pod respiratorem. Opowiadając o tym, Bożena nerwowo przeszukuje komodę w salonie. Bezskutecznie.

- Musi mi pani uwierzyć na słowo, bo nie mogę znaleźć zdjęcia, jak on wtedy wyglądał. To był jakiś obłęd, klęczałam godzinami w szpitalnej łazience. Przeklinałam Boga, a za chwilę go błagałam, żeby Wojtka ratował – mówi. I jeszcze: – Nie ujmuję zdolności naszym lekarzom. Ale jak nieraz Wojtek tak żarliwie się modli, to myślę, że może właśnie dlatego, że jednak palec Boży chronił i jego, i nas. Mogliśmy się przecież wzajemnie obwiniać, kłócić, rozstać, prawda? – twierdzi.

Może to kwestia charakteru, a może właśnie tej wiary, która się w nim jakoś zaszczepiła – w każdym razie Wojtek od małego zachowywał się w czasie mszy nietypowo.

- Nigdy nie ganiał po kościele jak inne dzieciaki, tylko siedział cicho, obserwował, słuchał. Jak dla mnie to on od małego podchodził do Kościoła jak dorosły – uważa Grzegorz.

Do dzisiaj mu tak zostało.

- Moment wejścia do kościoła to jest jego moment. Tam jest nie ze mną, nie z mężem. Jakby z Bogiem tylko – wyjaśnia z kolei Bożena.

I zapewnia, że Wojtka (jego siostry zresztą też) nikt do kościoła na siłę nie ciągnął. 

- Nie jesteśmy jakoś szczególnie bogobojną rodziną, nie należymy do żadnej wspólnoty, nie zdarzyło się nigdy, żeby dzieci nie zjadły, bo musieliśmy koniecznie być w niedzielę na mszy – wyjaśnia mama Wojciecha.

- Po prostu jesteśmy katolikami, w niedzielę chodzimy do kościoła, obchodzimy katolickie święta – dodaje Grzegorz.

A jednak kilka ładnych lat temu Wojtek wszedł w rolę księdza. Wcześniej wcielał się notorycznie w prowadzącego program „Jaka to melodia”.

- Stał za deską do prasowania, miał mikrofon, z odtwarzacza puszczał piosenki, a babcia musiała zgadywać – śmieje się Bożena. – Później zaczął wyjeżdżać ze mną na wycieczki, zwiedzaliśmy często różne kościoły i widocznie wtedy tak mu się to w głowie zaczęło układać – mówi.

To prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego Wojtek zaanektował stół w jadalni na swój prywatny ołtarz. Z kryształowego kieliszka, serwetki i kartki świątecznej skonstruował prowizoryczny, acz wiernie naśladujący całą konstrukcję, kielich mszalny. A gdy tatę rozbolała głowa, podszedł, położył na niej ręce, pomamrotał coś po swojemu pod nosem, uczynił znak krzyża: „Już powinieneś być uzdrowiony”.

Teraz gdy tylko zobaczy mszę w telewizorze albo zacznie odprawiać własną w salonie, to nie ma zmiłuj, nie oderwie się go nawet wołami.

- Ja się nieraz śmieję, że nie musimy iść do kościoła w niedzielę, odprawimy sobie u Wojtka. On jest z nas wszystkich najbardziej pobożny. I nie zostawi mszy, modlitwy, póki nie skończy – mówi Grzegorz.

Jak klęczy w kościele, to długo i wytrwale, nie przysiada na piętach. A jak ktoś próbuje ołtarz z jadalni przemieścić w bardziej ustronne miejsce, to uparcie znosi wszystko z powrotem.

- Próbowaliśmy w kąt to przestawić, zrobić mu jakąś boczną nawę, żeby stół był stołem. Na razie nie ma mowy – mówi Bożena.

Grzegorz potakuje:

- Broń Boże coś ruszyć.

Tylko modlitwy Wojtek długo nie odmawiał, nie było mu to w ogóle potrzebne. Ale jak już zaczął, to na całego, stworzył swój własny, mały rytuał.

- On się kładzie, ja muszę usiąść obok, żadne z nas nie klęka. Zapala lampkę i czeka, aż wymienię, za kogo się modlimy: za mamę, tatę, babcię, Weronikę, Łukasza i Tinę – wylicza Bożena. – Tina to nasz piesek, nie mogę jej pominąć, bo się upomina gestem. I nie mogę pomylić kolejności, wtedy mnie strofuje.

Za modlitwy odpowiedzialna jest mama, tatę zaprasza do nich sporadycznie. Ale rok temu pojechał sam na turnus, trzeba było jakoś to ogarnąć.

- Przekazaliśmy to wszystko wolontariuszce, powiedziała: nie ma problemu. Później mi opowiedziała, co się na wyjeździe stało – wspomina Bożena.

A stało się to, że już pierwszego wieczora jeden z kolegów Wojtka z pokoju zakomunikował: „Módlcie się, mnie to nie przeszkadza, ale nie dołączę, bo jestem innego wyznania”. W sukurs poszedł mu kolejny: „Dla mnie też okej, ale też nie będę się modlił, jestem niewierzący”. Wolontariuszka zachodziła więc do nich późnym wieczorem, siadała na skraju łóżka Wojtka i cichutko odmawiała Ojcze nasz i Zdrowaś Mario. Zaraz zauważyła, że ręce zaczęli też składać Antek i Stasiek.

- Aż któregoś wieczora siedzi u siebie w pokoju, nagle pukanie do drzwi, wchodzi Adam, ten niewierzący. I pyta niecierpliwie, kiedy wreszcie przyjdzie. Agnieszka przychodzi, patrzy i oczom nie wierzy: Wojtek jak to Wojtek, leży na łóżku. A wokół niego wszyscy klęczą i mówią pacierz, w tym Daniel, który jest innego wyznania, i Adam też – opowiada Bożena. – Agnieszka mówiła, że dech jej wtedy zaparło. I mnie do dziś, jak o tym opowiadam, zapiera.

To fragment artykułu pt. „Jak radzą sobie w Kościele niepełnosprawni intelektualnie” z dziennika „Rzeczpospolita”, który w całości możesz przeczytać na stronie dziennika.

Przedruk tego artykułu w całości znajduje się również w magazynie Integracja nr 6/2019:

okładka numer 6/2019 magazynu Integracja z Dorotą Ziental i jej psem przewodnikiem

Zobacz, jak możesz otrzymać magazyn Integracja.

Sprawdź, jakie tematy poruszaliśmy w poprzednich numerach (w dostępnych PDF-ach).

Dodaj komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin

Komentarze

brak komentarzy

Prawy panel

Sonda

Czy kiedykolwiek z powodu niepełnosprawności nie wpuszczono gdzieś Ciebie lub Twojego dziecka?

Biuletyn

Wspierają nas