Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Kwarantanna to dla niektórych codzienność

26.03.2020
Autor: Agata Jabłonowska-Turkiewicz, fot. archiwum autorki
Kobieta siedzi przy dziecku, trzymając mu przy ustach maseczkę

Rzesza schorowanych emerytów spędza miesiące w domach, ponieważ bariery architektoniczne nie pozwalają osobom poruszającym się o kulach czy na wózkach swobodnie wyjść z domu i spacerować po mieście. To samo dotyczy osób z niepełnosprawnością. Jest też bardzo liczna grupa opiekunów osób ciężko chorych, których grafik podporządkowany jest opiece – pisze Agata Jabłonowska-Turkiewicz.

Galerie handlowe, kina, puby nie działają. Szkoły, przedszkola zamknięte. Ci, którzy mają szansę pracować zdalnie, mają pozostać w domach. Wszyscy mamy ograniczyć życie towarzyskie, przejazdy komunikacją miejską, wizyty u fryzjera, kosmetyczki. „Jak żyć?” – pytają niektórzy na portalach społecznościowych. Po kilku dniach od ogłoszenia przez rząd społecznej kwarantanny z powodu epidemii koronawirusa, perspektywa spędzenia kilku tygodni we własnym domu powoduje u części społeczeństwa duży niepokój i lęk o swoje zdrowie psychiczne.

Tymczasem dla wielu tysięcy osób w Polsce taka kwarantanna to codzienność. Rzesza schorowanych emerytów spędza miesiące w domach, ponieważ bariery architektoniczne nie pozwalają osobom poruszającym się o kulach czy na wózkach swobodnie wyjść z domu i spacerować po mieście. To samo dotyczy osób z niepełnosprawnością. Jest też bardzo liczna grupa opiekunów osób ciężko chorych, których grafik podporządkowany jest opiece nad bliską osobą. Zdecydowanie nie ma w nim miejsca na spontaniczne wyjścia z domu, bez wcześniej skrupulatnie przygotowanego planu.

Warto w tym miejscu zadać pytanie – czy te osoby, na co dzień żyjące w izolacji społecznej, w ogóle w świadomości społecznej istnieją? Mam wrażenie, że nie. Nikt też raczej nie przyznaje im statusu pokrzywdzonych. Bywa, że uznawani są nawet za grupę uprzywilejowaną. Przecież siedzą w domach, nic nie muszą robić, a z czegoś żyją. Nikt też, trzeba przyznać otwarcie, nie zastanawia się nad ich kondycją psychiczną.

„Ostatni raz poza domem byłam w listopadzie”

Pani Maria ma 90 lat. Lubi życie, ale szczerze przyznaje, że powoli zaczyna mieć go dość. Ogrom codziennego bólu, utrudnione wykonywanie prostych czynności powodują, że coraz częściej myśli o śmierci. Ma zaawansowane zwyrodnienia kręgosłupa i bioder. Od kilku lat chodzi o kulach. Mieszka na 3. piętrze bloku bez windy. To jest największy problem.

- Jeszcze rok temu mogłam zejść na dół i wrócić z powrotem do mieszkania – opowiada. – Zajmowało to dużo czasu, ale dawałam radę. Obecnie nie jest to możliwe. Ostatni raz poza domem byłam w listopadzie. Bardzo zależało mi na tym, żeby dotrzeć na cmentarz na grób męża. Od tamtej pory siedzę w domu. Bardzo jest to przykre, tym bardziej, że zawsze byłam osobą towarzyską. W samotności wszystko boli bardziej i człowiekowi głupie myśli przychodzą do głowy.

Co w takiej sytuacji pomaga?

- Wizyty młodszych koleżanek, rodziny, telefony od wnuków są na pewno urozmaiceniem w tych trudnych chwilach – wylicza.

Dodaje jednak:

- Każdy ma swoje sprawy, wszyscy są zabiegani, więc za wiele nie można oczekiwać. Sporo czytam, bo na szczęście, mimo wieku, mam dobry wzrok. Codziennie, poza weekendami, przychodzi do mnie pracowniczka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej na dwie godziny. Dzięki niej mam ugotowany obiad, zrobione zakupy i rachunki zapłacone na czas. Ale ta pomoc należy się tylko emerytom o bardzo niskich dochodach. Ja akurat takie mam. Gdybym miała sama opłacać taką pomoc, to nie byłoby mnie stać. Co wtedy? Nie wiem. Żałuję, że moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Takiej sytuacji, że leżę miesiącami w łóżku, w ogóle sobie nie wyobrażam. Marzę, żeby wiosną wyjść na dwór, usiąść jeszcze na ławeczce i odetchnąć świeżym powietrzem.

Opiekun – niewolnik we własnych czterech ścianach

Swoje przeszła też pani Teresa.

- Jak się czułam, kiedy przez blisko rok moją przestrzenią do życia była mała kuchnia i sypialnia, w której kończyło się życie mojego męża? Nie wiem. Wolę o tym wszystkim zapomnieć – przyznaje. – Jakaś gorycz we mnie jednak jest, żal, że nikt wtedy o nas nie pomyślał. Po prostu, po ciężkim wylewie, całkowicie sparaliżowanego męża przywieziono do domu i wrzucono do łóżka. I tyle. Jak mam się nim opiekować i czy w ogóle dam sobie z tym radę – to była moja sprawa. Rok upłynął mi na karmieniu, przewijaniu, oklepywaniu męża i sprawdzaniu, czy oddycha. Czas wolny miałam dwa razy w tygodniu, kiedy na godzinę przychodził rehabilitant, załatwiony i opłacany przez syna. Wtedy szłam na szybkie zakupy.

Do dziś pani Teresa leczy się psychiatrycznie. Na własny koszt – trzeba dodać.

- Po śmierci męża nie mogłam wyzwolić się od pytania, czy na pewno dobrze się nim opiekowałam – przyznaje. – Nie mogłam spać. To nie jest tak, że wraz z jego śmiercią skończyły się moje problemy. Owszem – przestałam być niewolnikiem we własnym domu. Mogłam już w dowolnej chwili wyjść, spotkać się z koleżanką, pogadać z sąsiadką. Tyle tylko, że mi się nie chciało. Farmakologia pomaga mi dojść do siebie. Uświadomiłam sobie, że być może powinnam była w odpowiednim czasie zwrócić się do MOPS-u, do jakiejś fundacji, hospicjum. Ale było, minęło...

Żeby telewizor nie był jedynym sprzymierzeńcem

Opisałam dwie historie z mojego bliskiego otoczenia. Nie musiałam bohaterów do swojego tekstu długo szukać. Dodatkowo sama jestem mamą dziecka z niepełnosprawnością sprzężoną i od sześciu lat mam często poczucie izolacji. Zdarzało się, że wiele tygodni spędzałam w szpitalu, a później kolejny miesiąc w domu, kiedy syn dochodził do zdrowia. Na co dzień każde swoje wyjście muszę starannie zaplanować. Niejednokrotnie, mimo planu, nie dochodzi ono do skutku.

Mam nadzieję, że epidemia i związany z nią kryzys gospodarczy nie wpłyną też znacząco na realizację dwóch bardzo ważnych programów rządowych, zapobiegających izolacji osób z niepełnosprawnością i ich opiekunów – Dostępność Plus oraz opieka wytchnieniowa.

Liczę też na to, że kwarantanna, jakiej doświadcza obecnie część społeczeństwa, uwrażliwi nas wszystkich na los drugiego człowieka. Apeluję, by w chwili, kiedy epidemia minie, zainteresować się losem chorej babci czy sąsiada – tak, aby ich jedynym sprzymierzeńcem nie był przychodzący raz w miesiącu z rentą listonosz czy odbiornik telewizyjny.

Komentarz

  • Cztery ściany
    Józef Bogdaszewski
    27.03.2020, 14:38
    Dla środowiska rodzin z dzieckiem niepełnosprawnym lub dorosłą osobą niepełnosprawną warunki życia w izolacji w związku z epidemią praktycznie nic nie zmieniły. Jest tak, jak było - słowa Jana Pawła II po obejrzeniu filmu "Pasja" Mela Gibsona. W rodzinach z osobą niepełnosprawną w dalszym ciągu organizowane jest życie w kręgu domu, rodziny. Dzisiaj, w okresie trudnej walki z koronawirusem, zauważyli to również inni ludzie - zdrowi, pełnosprawni, aktywni itp, że muszą więcej czasu (lub całe dni) spędzać w domu. Dla wielu z nich to po prostu tragedia, ale jednak może będzie z tego taka "korzyść", że "siedzenie w domu" z osobą niepełnosprawną będzie powszechnie uznane za pracę, a obowiązek wobec osoby niepełnosprawnej i tak jest spełniany. Niekiedy problemy, w tym przypadku domowa, stała opieka nad osobą niepełnosprawną, o które walczę przez pół życia będą zauważone i inaczej odbierane przez ogół społeczeństwa, w tym także przez naszych rodzimych decydentów. Uznanie opieki nad osobą niepełnosprawną w domu, to praca - taka sama jak każda inna - i winna znaleźć poczesne miejsce w strukturze zatrudnienia i wynagradzania.

Dodaj odpowiedź na komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin
Prawy panel

Sonda

Co myślisz o znoszeniu kolejnych obostrzeń związanych z pandemią COVID-19?

Biuletyn

Wspierają nas