Przejdź do treści głównej
Lewy panel

Wersja do druku

Wspomnienia z Heviz

08.09.2008
Autor: Małgorzata Tokarska Fot. Małgorzata Tokarska

Mimo niewątpliwej przeszkody, jaką stanowi moja niepełnosprawność (poruszam się o kuli), nie powstrzymuje mnie ona przed wyprawianiem się w różne rejony świata, zarówno te bardziej odległe, jak i bliższe. Podróżowanie było moją pasją od zawsze. Z dalekich krajów udało mi się odwiedzić Australię, Indie, Meksyk, Tajlandię, Laos, z bliskich kraje Europy Wschodniej i Zachodniej. Chciałabym się podzielić świeżymi jeszcze wspomnieniami z ostatniej podróży na Węgry i przy okazji zachęcić inne osoby niepełnosprawne do większej aktywności na polu turystyki. Chętnie posłużę radą i informacjami.

Wypoczynek w Heviz planowałyśmy z moją przyjaciółką Lillą już od zeszłego roku. Ja rzuciłam hasło, natomiast Lilla, jako że porusza się na wózku inwalidzkim, zajęła się wyszukaniem odpowiednio przystosowanego hotelu. Pod koniec grudnia znalazłyśmy stronę internetową biura turystycznego ''Herkules Express'' (http://www.herkulesexpress.pl), posiadającego w swojej ofercie Hotel ''Panorama'' z pokojami dla osób niepełnosprawnych (reserve@hotelpanorama.hunguesthotels.hu, www.hotelpanorama.hunguesthotels.hu).

Początkowo miałyśmy jechać we dwie, ale rychło okazało się, że i bliska przyjaciółka Lilli, Marysia, ma ochotę wybrać się z nami. Dlatego zaczęłam szukać jeszcze jednej osoby, z którą mogłabym dzielić pokój. ''Ja też chcę jechać'' – wykrzyknęła Ela, kolejna moja niepełnosprawna przyjaciółka, kiedy usłyszała dokąd się wybieram. ''Weź mnie ze sobą'' – nalegała Ania z Jeleniej Góry, bo i jej także się pochwaliłam. Pojechało nas, więc w sumie pięć bab. Ania, cierpiąca na tzw. przepuklinę kręgosłupową, była z nas najbardziej sprawna.

Oferta dość atrakcyjna, początkowo gwarantowała nam dojazd do Heviz autokarem z Krakowa lub Katowic (300 zł w obie strony). Jednak w kwietniu poinformowano nas telefonicznie, że może być zorganizowany tydzień później. Przesunięcie w czasie wyjazdu nie bardzo mi odpowiadało, dlatego wraz z Elą i Anią postanowiłyśmy załatwić sobie inny transport. Lilla z Marysią miały dołączyć do nas po tygodniu. Zastanawiałyśmy się nad samochodem, ale tylko Ela ma prawo jazdy, z Warszawy do Heviz jest ok. 900 km, musiałybyśmy załatwić jakiś nocleg, koszty też niemałe. Samolotem również drogo, choć z perspektywy czasu chyba byłoby to najlepsze rozwiązanie. Stanęło na pociągu.

Wykupujemy tanie kuszetki do Budapesztu. Należy je kupić 60 dni przed wyjazdem, tzw. Sparnight - ticket. (270zł w obie strony). W Budapeszcie mamy wsiąść w pociąg do Keszthely, gdzie ma nas odebrać ktoś z hotelu w Heviz oddalonego o ok. 5 km. Tylko kto nam trzem "kulawym" przeniesie bagaże z jednego pociągu do drugiego? Skądinąd wiem, że na całym świecie na dworcach kolejowych istnieje specjalny serwis dla osób niepełnosprawnych. Szukam w Internecie na stronie węgierskich linii kolejowych i taką usługę zamawiam. Płatne 300 forintów od jednej sztuki bagażu. Dostaję pełną informację o cenie biletów, rozkładzie jazdy pociągów do Heviz, a nawet o wspomnianych tanich kuszetkach z Warszawy. Niestety nie są honorowane zniżki dla osób niepełnosprawnych. Jedynie kobiety powyżej 55-go roku życia mogą liczyć na 20 % zniżkę. MAV – Start Railway Passanger Transport Company (e-mail: nagy.karoly@mav-start.hu)

27 czerwca, piątek

Ruszamy do Heviz, miejscowości uzdrowiskowej położonej 8 km od Balatonu. W Heviz znajduje się największe w Europie jezioro z wodą termalną, którego dno pokryte jest wielometrową warstwą torfu. Dzięki swym właściwościom powulkanicznym temperatura wody latem osiąga 33-34°C, a zimą przy powierzchni nie spada poniżej 26-28°C. Przez cały rok można się więc kąpać. Coś podobnego można spotkać tylko w Islandii.

Woda jeziora ze względu na silne właściwości radioaktywne i domieszkę siarki, posiada doskonale właściwości lecznicze. Leczy się tu schorzenia narządów ruchu, bóle mięśni, stawów, reumatyzm, choroby kobiece, schorzenia tarczycy, przewodu pokarmowego i woreczka żółciowego, zaburzenia przemiany materii, a także prowadzi rehabilitację powypadkową.

Nasz pociąg odchodzi o 21.00. Jestem pełna obaw, jak poradzę sobie z wejściem do wagonu. "Dziura" między schodkami wagonu a peronem jest tak duża, że na pewno nie dam rady pokonać jej sama. Do tego jeszcze te straszne schody ruchome z hali dworcowej na peron. Na szczęście nasze koleje również uruchomiły serwis dla osób niepełnosprawnych (www.pkp.pl/cop/informacje ), ale okazuje się, że jest to w dużej mierze fikcja, a już na pewno daleko nam pod tym względem do reszty Europy.

Owszem, pracownik serwisu odbiera mnie w umówionym miejscu. Przyjeżdża po mnie zdezelowanym wózkiem, którym mnie zwozi po schodach ruchomych, gdyż winda i platforma nie działają. Z ledwością udaje się mu wsadzić mnie do wagonu. Dworzec Centralny w Warszawie jest chyba najgorzej przystosowanym dworcem w Polsce. Nie wspomnę już o brudzie, pełnych koszach, walających się śmieciach. Oczywiście nie ma wózka bagażowego, więc dziewczyny same dźwigają bagaż. Zastanawiam się, dlaczego nic się nie robi, aby ułatwić osobom niepełnosprawnym podróżowanie pociągiem? Dlaczego nie ma specjalnych podjazdów i podnośników, takich jak np. w Krakowie? Osoby niepełnosprawne są w ten sposób jawnie dyskryminowane. Członkostwo w Unii Europejskiej powinno do czegoś zobowiązywać. Tymczasem jest jeden wielki wstyd. Wyobraźmy sobie niepełnosprawnych turystów z innych krajów europejskich natrafiających na tego rodzaju problemy w stolicy, która powinna być wizytówką Polski. Warto o tym pomyśleć w perspektywie zbliżającego się Euro 2012.

28 czerwca, sobota

Noc mija spokojnie. O 8.32 jesteśmy w Budapeszcie. Tam już czeka na nas dwóch bagażowych z wózkami. Praktycznie wychodzę sama z pociągu, nie ma takiej "dziury" jak w Warszawie. Kupujemy bilety powrotne (cena 5650 forintów - ok 75zł). Heviz oddalone jest o ok. 190 km od Budapesztu. W oczekiwaniu na pociąg wymieniamy banknot 100 dolarowy nieświadome, że kurs na dworcu Kelethi jest bardzo niski. Dostałyśmy ok. 2000 forintów mniej (radzę nie wymieniać tam dolarów). Zdecydowanie lepszy jest kurs euro, ewentualnie lepiej kupić forinty w Polsce. Po 1,5 godzinie jest wreszcie nasz pociąg, którym odbywamy ostatnią część podróży. Upał i zmęczenie daje się nam we znaki. Po 20 godzinach od wyjazdu z Warszawy docieramy na miejsce. Jest godzina 14.30. Transport z dworca do hotelu jest wliczony w cenę pobytu.

Już na wstępie hotel robi na nas bardzo dobre wrażanie. Miła obsługa, choć mamy trochę problemów z porozumieniem. Tylko kilka osób mówi po angielsku. Ja z Elą zajmuję pokój na 7. piętrze, z którego rozciąga się piękny widok na okolicę. Za ścianą jest Ania w pokoju jednoosobowym. Dostajemy szlafroki i ręczniki, które zmieniane są codziennie. W ramach pobytu mamy zagwarantowany 3-godzinny wstęp na jezioro lub wymiennie na kryty basen, śniadania i obiadokolacje oraz gratis kawę z małym deserem o godz. 16. Można wykupić pakiety z jednym lub dwoma zabiegami dziennie. Póki co, nie jesteśmy zainteresowane. Barier architektonicznych brak - nieźle jak na 3 gwiazdkowy hotel. Pomimo zmęczenia od razu robimy mały rekonesans po hotelu i okolicy. Usytuowany jest świetne, w samym centrum Heviz, 200 m od jeziora. Bezpośrednie połączenie z Centrum Leczniczym św. Andrzeja, nieopodal miejscowego deptaka. Naprawdę blisko.

Na zdjęciu: widok na jezioro w Heviz. Fot. Małgorzata Tokarska
Widok na jezioro w Heviz.

Wszędzie mnóstwo kolorowych straganów, kafejek, sklepików, punktów masaży, które kuszą turystów. Ceny podawane są w forintach i euro. Trudno się oprzeć. Wśród turystów dominują zdecydowanie Niemcy i Rosjanie. Vis a vis hotelu odkrywamy mały supermarket. Ceny wody mineralnej o 100 F niższe niż gdzie indziej. Po kolacji serwowanej w formie bufetu idziemy do kawiarni "uczcić" nas przyjazd. Zamawiamy butelkę tokaju za 1900 F. Ceny wzbudzają w nas lekkie poruszenie. Wydaje nam się bardzo drogo. Zaczynamy przeliczać. W końcu machamy ręką. Jest wspaniale, a wino smakuje wybornie. Wysyłam SMS do Lilli z pozdrowieniami. Jesteśmy cały czas w kontakcie, radzimy dziewczynom, czego mają nie zabierać, a co będzie potrzebne. I tak pierwszy dzień pobytu dobiega końca.

29 czerwca, niedziela

Po obfitym i smacznym śniadaniu udajemy się po raz pierwszy nad jezioro. Jest bardzo gorąco. Po drodze spotykamy Polaków, od których dowiadujemy się o specjalnym wejściu dla niepełnosprawnych z szatnią i tarasem. Dostajemy chipy, wchodzimy do środka. Jezioro jest bardzo głębokie – do 4-5 metrów na całym obszarze. Dlatego konieczne jest koło ratunkowe, które można wypożyczyć za 500 forintów dziennie. Przypomina ono trochę oponę samochodową. Bardziej opłaca się mieć własne. Do jeziora schodzi się schodkami, aczkolwiek jest możliwość skorzystania z podnośnika. Część jeziora jest zadaszona, tak że można się pławić w wodzie nawet podczas złej pogody. Wrażenie jest niezapomniane – jesteś w jeziorze, ale jakby niezupełnie. Również tę część wyposażono w podnośnik dla osób niepełnosprawnych. Jezioro wygląda prześlicznie – lustro wody zdobią tysiące czerwonych lilii wodnych, przeszczepionych z Indii. Wszędzie widać odprężonych ludzi unoszących się na kołach. Część pływa, reszta, tak jak ja, po prostu siedzi w wodzie. Wkoło dużo barierek. Co pół godzinny spiker podaje komunikat w 4 językach (w tym także rosyjskim). Przestrzega przed zbyt długim przebywaniem w wodzie, nie więcej niż godzinę. Właściwości lecznicze wody są tak silne, że niewłaściwie dozowane mogą osłabić organizm, zwłaszcza serce.

Na zdjęciu: widok na jezioro w Heviz. Fot. Małgorzata Tokarska
Zejście do jeziora w Heviz

Na zdjęciu: podnośnik ułatwiający zejście do jeziora w Heviz. Fot. Małgorzata Tokarska
Podnośnik ułatwiający zejście do jeziora w Heviz.

Dzień mija bardzo szybko. Po kolacji decydujemy się na mały spacer i przejażdżkę po Heviz tramwajem, tzw. Dodo. Docieramy nawet na wzgórza, na których znajduję się prywatne winnice, a przy nich domowe piwniczki. Postanawiamy tu wrócić z Lillą i Marysią, kiedy do nas dołączą (już w sobotę).

30 czerwca - 4 lipca

Właściwie dni mijają podobnie. Posiłki, kuracja w wodzie i wieczorne wypady do kafejek w okolicy. Oswoiłyśmy się z duża liczbą zer przy cenach. Tu na miejscu kurs dolara i euro zdecydowanie lepszy - za 100 dolarów dostaję 14 tys. forintów, a za 100 euro 23 tys. forintów.

Zaczynamy rozglądać się za wycieczkami organizowanymi przez miejscowe biura. Znajduję informację turystyczną, w której – hurra! - mają nawet broszurki w języku polskim. Kierują mnie do trzech biur. W dwóch pierwszych mówią tylko po niemiecku. Na szczęście w ostatnim mogę porozumieć się w języku angielskim (''Szasza Tours'', szaszatours@mail.datanet.hu). Dostaję ulotki o organizowanych wycieczkach wraz z cennikiem. Najważniejsze, że deklarują pomoc przy wsiadaniu i wysiadaniu z autokaru, dostosują się też do naszego tempa. Naradzamy się, by w końcu wybrać sobotnią wycieczkę wzdłuż południowego brzegu Balatonu (9900 forintów) oraz całodniową wycieczkę do Puszty (12500 forintów) w niedzielę. Dwie wycieczki dzień po dniu. Czy damy radę? Ela zastanawia się jeszcze nad Budapesztem i... lotem balonem. Na pierwszą wycieczkę dostajemy po 900 forintów rabatu. Ania i Ela chwalą mnie, że udało mi się tyle utargować.

5 lipca, sobota

Zapowiada się bardzo intensywny dzień. O 9.30 mam odebrać dziewczyny, które jadą autobusem z Katowic. O 7 rano idę na basen, potem jem śniadanie, wreszcie o ustalonej porze razem z boyem hotelowym zdążamy na dworzec autobusowy, oddalony o 250 m od hotelu. Polscy kierowcy autobusu są tak mili, że zgadzają się podjechać pod sam hotel. Pomagają przy wyładunku wózków, potem wynoszą Lillę i Marysię. Jechały całą noc, widać, że są bardzo zmęczone. Po krótkich formalnościach udają się do swojego pokoju, który okazuje się prawdziwym apartamentem. Wow! 2 pokoje - sypialnia i tzw. living room. Trochę się martwią łazienką, że mało dostosowana, ale za chwilę odkrywają drzwi do drugiej, wielkości pokoju i bez żadnych barier.

Chcę je oprowadzić po hotelu, ale mam tylko godzinę, bo o 12.30 wyruszamy z Anią i Elą na pierwszą z wspomnianych wycieczek. Pokazuję tylko restaurację i basen. Jest podnośnik, nie będzie więc problemu z wejściem do wody. Żegnamy się, dołączam do dziewczyn i razem czekamy na busik. Grupa jest mała, właściwie sami Niemcy i my we trzy. Przewodniczka najpierw tłumaczy na niemiecki, potem na angielski. Przez jakiś czas jedziemy wzdłuż Balotonu nazywanego węgierskim morzem. Mijamy malownicze domki w otoczeniu pięknej zieleni oraz mnóstwo hoteli. Pierwszy przystanek mamy w Fonyód gdzie dodatkową atrakcją jest punkt widokowy na pobliskim wzgórzu z ruinami twierdzy tureckiej – widać stamtąd panoramę jeziora i stożki bazaltowe Badacsony, Gulacs, Szentgyórgy, Csobanc. Najbardziej na południowy-zachód wysunięta część akwenu (dawana zatoka, oddzielona w XIX w.), tzw. Kis-Balaton, to rezerwat wodnego ptactwa. Widok zapierający dech w piersiach.

Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy o Baltonie, m.in. że jest to jezioro pochodzenia tektonicznego, położone na wysokości ok. 104 m n.p.m., dosyć płytkie, średnia głębokość nie przekracza 3 metrów, za to bardzo ciepłe – latem woda ma ok. 23 °C, co czyni kąpiel w nim bardzo przyjemną. Nic dziwnego, że wypoczynek nad Balatonem jest bardzo popularny.

Na zdjęciu: jezioro Balaton. Fot. Małgorzata Tokarska
Jezioro Balaton.

Jedziemy dalej. Z Zamárdi na półwysep Tihany przewożą nas promem. Podróż nim trwa zaledwie 10 minut. Półwysep Tihany odznacza się urozmaiconą rzeźbą terenu pochodzenia wulkanicznego (m.in. stożki dawnych gejzerów). Na najwyższym wzniesieniu usytuowany jest klasztor benedyktynów, założony w 1055 r., z kościołem przebudowanym w stylu barokowym w XVIII w. (Muzeum Opactwa). Oryginalnym zabytkiem wczesnego średniowiecza są wykute w skale cele klasztorne mnichów prawosławnych z XI w. Znajdujemy tu także wieś rybacką z charakterystycznym budownictwem i oryginalnym folklorem.

Miejscowość Tihany ma typowo turystyczny charakter, wszędzie pełno straganów z rękodziełem ludowym, pięknymi obrusami, no i oczywiście strąkami czerwonej, suszonej papryki. Trzeba pamiętać, że Węgry są największym światowym producentem papryki. Na południe od półwyspu Tihany leży miejscowość Badacsonytomaj – główny ośrodek regionu znanego już w czasach rzymskich z uprawy winnej latorośli. Pochodzące stąd najbardziej popularne wina to: ''Szurke Barat'' i ''Keknyelu''.

Na zdjęciu: przed muzeum papryki. Fot. Małgorzata Tokarska
Przed muzeum papryki.

Dostajemy trochę wolnego czasu, potem ruszamy w dalszą drogę. Zatrzymujemy się w Balatonfüred, słynnym uzdrowisku, uznawanym tradycyjnie za "stolicę" Balatonu. Leczy się tu głównie choroby serca, a tutejsze wody (cieplice kwasowęglanowe) znane były już w czasach rzymskich. Sporo tu zabytków, romantycznych zakątków i nastrojowych knajpek. Spacerujemy promenadą wzdłuż Balatonu. Wiele znanych osobistości posadziło tu swoje drzewka życia, m.in. poeta indyjski Rabindranath Tagore, który leczył się tu na serce, z bardzo dobrym skutkiem.

Najciekawszy jest ostatni punkt programu wycieczki - kolacja w winnicy u podnóża góry St. George Mountain. Przy winie znikają problemy językowe i chyba zaczynam mówić po niemiecku. Chętni kupują zdjęcie-pocztówkę z własnym wizerunkiem za jedyne 6 euro sztuka zrobione w trakcie imprezy. Pomysłowe, prawda? Późnym wieczorem wracamy do hotelu. Musimy odpocząć, jutro czeka nas kolejna wycieczka, tym razem do Puszty.

6 lipca, niedziela

Wstajemy wcześnie rano, wyjazd zaplanowano na 7.20. Przed nami 250 km do Puszty zwanej węgierskim stepem, uznanej przez UNESCO za światowe dziedzictwo kultury.

Jedziemy znowu wzdłuż Balatonu. Pierwszy dłuższy postój godny uwagi mamy w Kalocsa. Zwiedzamy katedrę zbudowaną przez Św. Stefana, mijamy pałac biskupi. Miasteczko kojarzy się głównie z wyrobami porcelanowymi, haftami i słodką, sproszkowaną papryką. Papryka z okolic Kalocsa uznawana jest za najlepszą na świecie. Mieści się tutaj również Muzeum Papryki, które jest w naszym programie.

Ja niestety czekam na zewnątrz budynku. Schodów jest za dużo i są zbyt strome. Nie ryzykuję. Zresztą kilka innych osób opuściło budynek bardzo szybko ze względu na ostry, drażniący zapach papryki. Pilotka oznajmia, że za pół godziny będziemy w Puszcie. Na miejscu ma czekać na nas obiad przy winie. Za niedługą chwilę na spotkanie wyjeżdża nam csikos, węgierski kowboj na koniu, który jedzie przed busem. Witani jesteśmy tradycyjną wódką Palinką. Należy ona do najbardziej oryginalnych i niezapomnianych trunków, najbardziej charakterystycznych dla Węgier produktów, zaliczanych do tzw. Hungarikum. Pędzi się ją z różnych owoców, ale taka najbardziej typowa jest z brzoskwiń. Po obiedzie pokaz koni, dla chętnych przejażdżki bryczką lub wierzchem, spacer po gospodarstwie. Oczywiście wszystkie budynki obecnie to rodzaj skansenu. Bardzo podobne w typie do skansenów na naszych Kaszubach. Na mnie nie robią specjalnego wrażenia, szczerze mówiąc nie wiem, czy zdecydowałabym się jechać, gdybym wiedziała, co zobaczę. Kolejna przejażdżka wozem drabiniastym, z której ja rezygnuję. Dziewczyny jadą beze mnie.

Na zdjęciu: degustacja Palinki w Puszcie. Fot. Małgorzata Tokarska
Degustacja Palinki w Puszcie.

Pora na zakupy, lecz raczej nie widać, żeby ktoś coś kupował. Ceny bardzo wysokie i naprawdę nie ma tu nic, co przyciągałoby uwagę. Palinka prawie 5000 forintów. Normalnie 2600-3500.

Wracamy do busa, przed nami znowu 250 km drogi powrotnej do Heviz.

6 - 10 lipca

Chodzimy nad jezioro, Lilla z Marysią czasami do nas dołączają, ale na ogół wolą kryty basen w hotelu. Popołudnia każda z nas spędza indywidualnie.

We wtorek Ela jedzie na wycieczkę do Budapesztu. Wraca o północy. Jest zachwycona. Postanawiam wybrać się do pobliskiego Keszthely, połazić trochę po miasteczku. Wychodzę z hotelu z zamiarem udania się na dworzec autobusowy. Spotyka mnie miła niespodzianka, bo oto przed samym wejściem stoi bus z napisem Keszthely - Heviz. Nie muszę więc gnać na dworzec, wsiadam, kupuję bilet - kosztuje tylko 750 forintów lub 3 euro. Na bilecie reklamy, z których dowiaduję się, że to regularna linia kursująca między Keszthely a hotelami w Heviz. W samym Keszthely bus zatrzymuje się na kilku przystankach. Wysiadam przy Muzeum Pałacowym. Mam 3 godziny. O 12.55 zabierze mnie z powrotem.

Na zdjęciu: pałac w Keszthely. Fot. Małgorzata Tokarska
Pałac w Keszthely.

Neobarokowy pałac w Keszthely był nieustannie rozbudowywany i upiększany począwszy od połowy XVII. Otoczony jest przepięknym parkiem, uznanym za pomnik przyrody. Stanowi jeden z najcenniejszych zabytków tego typu nie tylko na Węgrzech, ale i w Europie. Nie wchodzą do środka, obchodzę go dookoła. Przypomina mi trochę nasz Wilanów. W miasteczku, są jeszcze łaźnie i liczne, niewielkie muzea, w tym osobliwe Muzeum Marcepanu. W 20 gablotach wystawiono tam różne wyroby cukiernicze, prawdziwe arcydzieła, np. marcepanową makietę pałacu lub dinozaura w kolorze zielonym. Bardzo ciekawe.

Wieczorem zamawiamy pięcioosobową taksówkę i jedziemy do winiarni położnej wysoko nad Heviz, z której rozciąga się piękna panorama miasta.

11 lipca, piątek

To mój ostatni dzień w Heviz. Chcę go maksymalnie wykorzystać. O 7.00 basen, potem śniadanie i wypad nad jezioro, po południu ostatnie zakupy. Nie może zabraknąć papryki w proszku, no i oczywiście tradycyjnej węgierskiej kiełbasy oraz Palinki. Decyduję się też na zakup serwisu stołowego dla 2 osób. Prawdziwe cudeńko. Kosztuje sporo, ale porcelana to mój słaby punkt. Po kolacji, o godzinie 19.00 jedziemy taksówką do restauracji na występ Cyganów. Grają nie tylko węgierskie melodie, lecz także standardy światowe. Oczywiście zamawiamy wino. Siedzimy trochę za blisko grających, ale mamy za to możliwość zrobienia dużej liczby zdjęć. Udaje się nawet zrobić fotkę Ani trzymanej na kolanach przez Cygana. Nie wracamy taksówką, robimy sobie spacerek. Nie jest daleko.

Na zdjęciu: Marysia, Lila, Ania, Małgosia i Ela przy węgierskim winie. Fot. Małgorzata Tokarska
Marysia, Lila, Ania, Małgosia i Ela przy węgierskim winie.

Czas na pakowanie, jutro wyjeżdżamy.

12 lipca, sobota

Mamy czas do godz. 15.00. O tej porze odchodzi nasz pociąg. Znajomy taksówkarz zawiezie nas do Keszthely i pomoże wsiąść do wagonu. Żegnamy Lillę i Marysię. Szkoda, ze musimy wyjeżdżać.

Jesteśmy w pociągu, przed nami 3,5 godzinna podróż do Budapesztu. Niestety zamówiony w Budapeszcie serwis nie zjawia się. Ktoś woła innego bagażowego. Do odjazdu pociągu relacji Budapeszt-Warszawa 1,5 godzinny. Jest duszno. Na szczęście pociąg postawiany jest pół godzinny wcześniej. Węgierski kierownik na migi pokazuje nam, że jak dostanie kasę, to nie będzie czwartej osoby w przedziale, zostaniemy same. Jest wyjątkowo niechlujny i niesympatyczny. Składamy się po 2 euro dla świętego spokoju. Okazuje się, że w przedziale obok jedzie ta sama grupa osób co 2 tygodnie temu. Śpi mi się w miarę dobrze. Budzę się o 6.00 i przez komórkę zamawiam serwis dla osób niepełnosprawnych na Dworcu Centralnym w Warszawie. Tym razem proszę o 2 osoby do pomocy. Pociąg ma godzinę spóźnienia. Dobrze, że nie więcej. Panowie już czekają na peronie. Wynoszą mnie z pociągu i odprowadzają do postoju taksówek.

Kilka rad i wskazówek

Odradzam dojazd pociągiem. Lepszy jest transport samolotowy lub własnym samochodem. Koszt w obie strony to ok. 550 zł. Z Budapesztu jeżdżą busy - koszt 120 Euro w jedną stronę dzielone przez liczbę osób. Wymianę pieniędzy lepiej robić w Polsce. Kurs zdecydowanie korzystniejszy. Koniecznie zaopatrzyć się w rozmówki polsko-węgierskie lub polsko-niemieckie. Zabrać koło do pływania. Nastawić się na miłe spędzenie czasu. Naprawdę Węgrzy starają się, aby goście mieli miłe wspomnienia i chcieli tam zawsze wracać.


*****

Czekamy na Państwa relacje z wakacyjnych podróży po Polsce i zagranicy. Najciekawsze opublikujemy na stronach portalu. Przypominamy także, że jeszcze do 15 października trwa konkurs ''Wakacje polecONe''. Dzieląc się wrażeniami z miejsc, które Państwo odwiedzili, możecie pomóc innym w zaplanowaniu urlopu, a także wygrać atrakcyjne nagrody. Szczegóły na stronie konkursu.

Dodaj komentarz

Uwaga, komentarz pojawi się na liście dopiero po uzyskaniu akceptacji moderatora | regulamin

Komentarze

brak komentarzy

Prawy panel

Wspierają nas